; Rycerze wojennego nieba | | Literatura-lotnicza porównywarka cen

Rycerze wojennego nieba

Tytuł: Rycerze wojennego nieba
Autor: Adam Makos, Larry Alexander
Tłumaczenie: Konrad Majchrzak, Marta Jabłońska-Majchrzak
Wydawnictwo: Rebis
tytuł oryginału A higher call
ISBN 9788378185468
liczba stron: 384

Grudzień 1943 roku. Poważnie uszkodzony amerykański bombowiec z trudem utrzymuje się w powietrzu po misji nad terytorium Niemiec. Za sterami siedzi dwudziestojednoletni podporucznik Charlie Brown, na pokładzie są zabici i ranni członkowie załogi. Nagle z tyłu wyłania się charakterystyczna sylwetka messerschmitta, pilot to Franz Stiegler, as myśliwski. To, co wydarzyło się potem, było wręcz niewyobrażalne i zostało określone później jako „najbardziej zdumiewające spotkanie wrogów podczas drugiej wojny światowej”. O tym, co się stało, gdy Charlie i Franz wysoko nad ziemią spojrzeli sobie w oczy, żadnemu z nich długo nie wolno było mówić…

Oto prawdziwa historia dwóch pilotów. Poznajemy równolegle ich życie: wybuch wojny i realia służby w lotnictwie. Nim los zetknął ich tamtego grudniowego dnia, Franz przeszedł całą długą drogę niemieckiego pilota myśliwskiego: latał nad północną Afryką, wspierając Afrika Korps Rommla, stacjonował na Sycylii, osłaniając przeprawę przez Morze Śródziemne, wreszcie miał bronić swego kraju przed nalotami aliantów. Książka przedstawia zarówno barwny, żywy portret dwóch młodych żołnierzy walczących po przeciwnych stronach, jak i świetnie opisuje dramatyczne podniebne pojedynki i przebieg działań wojennych.

Żywe mimo upływu lat wspomnienia Charliego Browna i Franza Stieglera czynią tę książkę tak wyjątkową, a jej lekturę – zapadającym w pamięć, poruszającym przeżyciem.

„Książka przykuwa uwagę niczym film. Chwilami przypomina „Top Gun”, kiedy indziej „Walkirię” i na tym nie koniec!” – Marcus Brotherton, autor bestsellera „New York Timesa”, „We Who Are Alive and Remaine”

„Z najstraszniejszej wojny w historii wyłania się ta opowieść o braterstwie wrogów. Prosto opowiedziana, wyśmienita i warta poznania” – Joe Galloway, autor bestsellerowego „We Were Soldiers Once… and Young”

Fragment:

Wstęp

Dwudziestego grudnia 1943 roku, w zawierusze wojny niosącej cierpienie, śmierć i trwogę, pod niebem północnych Niemiec doszło do wydarzenia świadczącego o szlachetności i pragnieniu pokoju. Załoga amerykańskiego bombowca B-17 po zbombardowaniu wyznaczonych celów usiłowała dolecieć poważnie uszkodzonym samolotem do bazy. Samotny niemiecki myśliwiec Bf 109 natknął się na ich maszynę. Spotkali się zaciekli wrogowie, zdecydowani zestrzelić przeciwnika. To, co tamtego dnia zaszło pomiędzy pilotem myśliwskim i załogą bombowca, oraz skutki tego kilkadziesiąt lat później, jest jednak trudne do wyobrażenia. Nic podobnego nie rozegrało się ani przedtem, ani potem. Zdarzenie to, mówiąc najogólniej, można zaliczyć do najbardziej niezwykłych w historii działań wojennych.
A mnie zupełnie nie ciągnęło do tej sprawy i nie zamierzałem jej opisywać.
Dorastałem pośród wspomnień z drugiej wojny światowej. Uwielbiałem słuchać opowieści moich dziadków, z których jeden był członkiem załogi B-17, a drugi służył w piechocie morskiej. Z moim młodszym bratem i ze mną budowali modele samolotów, które zresztą zawsze ulegały zniszczeniu. Zabierali nas na pokazy lotnicze. Rozbudzili zainteresowanie tą swoją czarno-białą epoką. Byłem zauroczony. Czytałem każdą książkę o drugiej wojnie światowej, jaka tylko wpadła mi w ręce. Wiedziałem, że ci z „Najwspanialszego Pokolenia” byli pozytywnymi bohaterami, rycerzami pokonującymi zło w ogólnoświatowej krucjacie. Walczyli z czarnymi rycerzami, Niemcami i Japończykami, którzy byli źli do szpiku kości. Jak na tak skomplikowaną wojnę, wydawało się to proste.
Pewnego deszczowego dnia moje życie nieco się zmieniło. Miałem piętnaście lat i mieszkałem w spokojnym zakątku Pensylwanii. Moje rodzeństwo, najlepszy przyjaciel i ja tak się nudziliśmy, że postanowiliśmy zostać dziennikarzami. Tamtego dnia, na komputerze moich rodziców, zapoczątkowaliśmy pisanie biuletynu dotyczącego naszego ulubionego tematu, czyli lotnictwa drugiej wojny światowej. Wydrukowaliśmy nasze dzieło na atramentowej drukarce. Miało trzy strony i trafiło do kilkunastu czytelników.
Zmiana, która nastąpiła w moim życiu rok później, była dużo poważniejsza. Latem, w pierwsze wakacje szkoły średniej, moja sąsiadka, koleżanki i koledzy z klasy, i nauczycielka zginęli w wypadku. Wielka tragedia, określona krótko jako „TWA Lot 800”, dotknęła boleśnie nasze miasteczko Montoursville. Szesnaścioro uczniów i moja ulubiona nauczycielka lecieli do Francji na pokładzie odrzutowego 747. Wszyscy należeli do szkolnego Klubu Języka Francuskiego. Ich samolot eksplodował w powietrzu, niedaleko wschodniego wybrzeża Long Island.
Miałem lecieć z nimi. Zapisałem się na wycieczkę, ale stanąłem przed trudnym wyborem. Moja mama w ramach swojej dorywczej pracy sprzedała wystarczająco dużo produktów firmy Pampered Chef, by otrzymać wycieczkę dla całej rodziny do Disney World. Kłopot polegał na tym, że obie wycieczki zbiegały się w czasie. Wybrałem Disney World. Byłem tam właśnie, kiedy przed drzwiami naszego hotelowego pokoju pojawił się egzemplarz „USA Today”, z informacją o wypadku, o 230 zabitych i o wstrząsie, jaki to wywołało w niewielkim mieście w Pensylwanii. Kiedy wróciliśmy do domu, automatyczna sekretarka telefonu rodziców wypełniona była kondolencjami. W pośpiechu przy ustalaniu tożsamości osób znajdujących się w samolocie ktoś podał listę uczniów, którzy pierwotnie zapisali się na wycieczkę, i wśród nich widniało moje nazwisko.
Uroczystości pogrzebowe były bardzo dramatyczne. Kiedy po wakacjach zaczęła się szkoła, na przystanku autobusowym nie było mojej sąsiadki, Moniki. Zabrakło też Jessiki, która wsiadała do autobusu na wcześniejszym przystanku. Moja najlepsza przyjaciółka, Claire, nie siedziała obok mnie w klasie. I pani Dickey nie prowadziła już lekcji. Była wspaniałą nauczycielką, w dużym stopniu przypominała Paulę Deen, jowialną gospodynię telewizyjnego programu kulinarnego. Kiedy wybieraliśmy dla siebie francuskie imiona, których mieliśmy używać podczas lekcji języka, wybrałem sobie „Fabio”. To akurat nie było imię francuskie, ale brzmiało zabawnie i pani Dickey pozwoliła mi je zachować. Taka właśnie była.
Lot 800 nauczył mnie, że życie trzeba cenić, bo jest bardzo kruche.
Przesadą byłoby powiedzieć, że obudziłem się pewnego dnia i zacząłem żyć z pasją i pracować intensywniej, by mieć jakiś wpływ na świat. Takie rzeczy nie dzieją się nagle. Teraz, kiedy patrzę wstecz, widzę, że zmiany zachodziły stopniowo. Pod koniec szkoły średniej moje rodzeństwo, przyjaciel i ja zastąpiliśmy te nasze łączone zszywką kartki elegancko oprawionym czasopismem o nakładzie 7 tysięcy egzemplarzy. Kiedy nasi koledzy oglądali mecze albo bawili się na imprezach, my przeprowadzaliśmy wywiady z weteranami drugiej wojny światowej.
Nie zaprzestaliśmy wydawania naszego czasopisma, kiedy poszliśmy do college’u. Ominęły nas rozliczne studenckie zabawy, bo w weekendy rozmawialiśmy z weteranami na pokazach lotniczych, w muzeach i na spotkaniach kombatantów. Przeprowadzaliśmy wywiady z pilotami myśliwskimi, strzelcami pokładowymi bombowców, z innymi członkami załóg, jednym słowem, z każdym, kto latał. Na okładce naszego pisma oświadczyliśmy, że naszą misją jest: „Zachowanie pamięci o poświęceniu amerykańskich weteranów”.
Zaczęto zauważać nasze pisemko. Tom Brokaw, autor The Greatest Generation, napisał do nas list, wyrażając się z uznaniem o naszej działalności. Tom Hanks spotkał się z nami w Waszyngtonie przy pomniku poległych w walkach podczas drugiej wojny światowej, zachęcając nas do dalszej pracy. Harrison Ford rozmawiał z nami na pokazie lotniczym AirVenture w Oshkosh, w stanie Wisconsin. Tam, na miejscu, przeczytał czasopismo i wyraził aprobatę dla naszych działań. Również James Cameron, reżyser Titanica, pochwalił nasze starania.
Po ukończeniu college’u mogliśmy już poświęcić pismu cały nasz czas. Spieszyliśmy się, bo wiedzieliśmy, że weterani drugiej wojny światowej odchodzą. Jako redaktor naczelny wprowadziłem trzy żelazne reguły: trzymać się faktów, przekazywać opowieści, które pokazują naszych żołnierzy w dobrym świetle, i ignorować wrogów, bo przecież nie ich honorujemy.
Jeśli chodzi o tę ostatnią zasadę, nie musieliśmy przejmować się weteranami japońskimi; nie spotkaliśmy bowiem żadnych w Stanach. Z niemieckimi było jednak inaczej. Natknęliśmy się na nich, i to nie raz. Na pokazie lotniczym w Geneseo, w stanie Nowy Jork, niegdysiejszy pilot myśliwski, Oskar Bösch, wykonał lot szybowcowy. W wieku 77 lat pokazał piękne akrobacje. Czy podszedłem do niego, żeby porozmawiać, kiedy stał samotnie przy swoim szybowcu? Nawet mi to przez myśl nie przeszło. W muzeum w Doylestown w Pensylwanii wystawiono zrekonstruowany niemiecki odrzutowiec. Spotkałem tam Niemca, doktora Kurta Foksa, który pilotował takie właśnie samoloty pod koniec wojny. Czy interesowało mnie to, co widział lub czego dokonał? Ani trochę.
Czytałem o podobnych im Niemcach w książkach, widywałem ich na filmach i to mi wystarczyło. Zgadzałem się z Indianą Jonesem, kiedy mówił: „Naziści. Nienawidzę tych drani”. Dla mnie wszyscy Niemcy byli nazistami. Złowrogimi zombi, którzy zbierali się tłumnie w Norymberdze, by pozdrawiać Hitlera. Zakładali obozy koncentracyjne. Wielbili Führera. Co gorsza, usiłowali zabić moich przyjaciół, tych osiemdziesięcioletnich weteranów, którzy stali się moimi bohaterami.
Jednak coś zaczęło mnie intrygować. Zauważyłem, że starzejący się amerykańscy piloci mówią o swoich przeciwnikach z jakimś dziwnym szacunkiem. Mówili o ich odwadze, przyzwoitości i kodeksie honorowym, który to niby był wspólny dla obu stron. Niektórzy amerykańscy weterani wracali nawet do Niemiec, tam, gdzie ich zestrzelono, by spotkać się z dawnymi wrogami i uścisnąć im rękę.
Chyba żartujecie? – myślałem. Przecież oni robili wszystko, żeby was zabić! Zabili waszych przyjaciół. Nie wolno o tym zapominać. Tymczasem ci, którzy latali wtedy nad Niemcy, mieli inne zdanie. Ten jeden jedyny raz pomyślałem, że przedstawiciele Najwspanialszego Pokolenia to szaleńcy.
Niecały rok po ukończeniu college’u zadzwoniłem do Charliego Browna, pilota bombowca podczas wojny. Słyszałem o nim już wcześniej i wysłałem mu nasze pismo oraz list z zapytaniem, czy możemy przeprowadzić z nim wywiad. Legenda głosiła, że ostrzelany bombowiec Charliego prawie rozleciał się na kawałki, ale był w tej historii jakiś zaskakujący zwrot i nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Sprawa miała podobno jakiś związek z niemieckim pilotem, Franzem Stiglerem, którego sam Brown nazywał „starszym bratem”.
Weteran zgodził się na wywiad, po czym zaskoczył mnie pytaniem:
– Chcesz usłyszeć całą historię dotyczącą tego, co przydarzyło się mnie i mojej załodze?
– Jasne – odparłem.
– Czyli nie powinieneś zaczynać ode mnie – stwierdził Charlie.
– Jak to? – zdziwiłem się.
– Jeśli naprawdę chcesz poznać całość, to dowiedz się najpierw czegoś o Franzu Stiglerze. Wciąż żyje. Sprawdź, jak go wychowano i jak stał się tym człowiekiem, którego spotkaliśmy w powietrzu nad Europą. A najlepiej będzie, jak go odwiedzisz. Mieszka z żoną w Kanadzie, w Vancouver. Kiedy usłyszysz jego historię, przyjedź do mnie, a ja opowiem ci moją.
Już miałem się wykręcić i powiedzieć Charliemu, że nie bardzo interesuje mnie wersja niemieckiego pilota myśliwskiego, kiedy powiedział coś takiego, co zamknęło mi usta:
– W tej opowieści ja jestem tylko jedną z postaci… rzeczywistym jej bohaterem jest Franz Stigler.

Kiedy w lutym 2004 roku dokonałem rezerwacji na lot do Vancouver, musiałem wytłumaczyć moim młodszym partnerom, dlaczego wydaję 600 dolarów z naszych ograniczonych funduszy i lecę na drugi kraniec kontynentu, aby złamać własną zasadę. Zamierzałem przeprowadzić wywiad, by zacytować siebie, z „nazistowskim pilotem”. Miałem dwadzieścia trzy lata. Poleciałem do Vancouver, wziąłem taksówkę i udałem się za miasto. Było ciemno i padał deszcz. Nazajutrz opuściłem hotel i ruszyłem na spotkanie z Franzem Stiglerem.
Nie miałem wtedy pojęcia, że dzięki Charliemu Brownowi poznam jedną z najwspanialszych nieopowiedzianych dotąd wojennych historii.
Ostatecznie spędziłem z Franzem cały tydzień. Okazał się życzliwy i miły. Przyznałem mu się, że uważałem go za nazistę. Udzielił mi wyjaśnień. Nazistą zostawało się z własnego wyboru. Trzeba było wstąpić do NSDAP. Niemcy mogli zapisywać się do partii lub nie. Franz nigdy się nie zapisał. Jego rodzice głosowali przeciwko nazistom, zanim zdelegalizowano wszystkie inne partie. A ja myślałem, że każdy Niemiec ma nazizm we krwi. Już nigdy więcej nie nazwałem Franza „nazistą”.
Następnie poleciałem do Miami i spędziłem tydzień z Charliem. Znakomicie się bawiliśmy i każdy przegadany dzień kończyliśmy przy whisky. Opublikowaliśmy historię Charliego Browna i Franza Stiglera w naszym czasopiśmie. Czytelnicy wpadli w zachwyt. Dlatego w kolejnym wydaniu opublikowaliśmy jej dalszy ciąg. Jednak czytelnikom wciąż było mało. Poprosiłem więc obu weteranów, żeby pozwolili mi przedstawić ich historię w książce, jako opowieść o dwóch wrogach. Nie mieliśmy pojęcia, że cały proces związany z napisaniem i wydaniem książki potrwa osiem lat.
To, co czytelnik znajdzie na kolejnych stronach, jest wynikiem czterech lat wywiadów z Charliem i Franzem oraz również czteroletnich, często przerywanych badań. Przerwy wynikały z tego, że wciąż pracowałem w Valor Studios, wydawnictwie militariów, w jakie zamienił się nasz skromniutki kiedyś biuletyn. Widywałem się z Franzem i Charliem w ich domach, na pokazach lotniczych, kontaktowałem telefonicznie i listownie.
Obaj byli niezmiennie uprzejmi i cierpliwi. Na ich miejscu wyrzuciłbym takiego namolnego faceta jak ja ze słowami: „Dość już tego”. Tymczasem Charlie i Franz chętnie opowiadali, przypominając sobie zarówno chwile zabawne, jak i te tragiczne. Muszę tutaj zauważyć, że ja jedynie słuchałem i porządkowałem tę historię. Oni ją na nowo przeżywali. Odgrzebując wspomnienia, wracali do tamtego bolesnego czasu w ich życiu, ponieważ wiedzieli, że ktoś kiedyś weźmie tę książkę do ręki, nawet jeśli oni sami nie doczekają jej ostatecznej wersji. Ta książka jest ich darem dla nas, czytelników.

Oprócz Charliego i Franza, których szczegółowe relacje posłużyły mi za kanwę opowieści, dziesiątki innych weteranów drugiej wojny światowej poświęcało swój czas, by porozmawiać ze mną i z moimi współpracownikami… poczynając od „Doca”, nawigatora bombowca Charliego, do czternastoletniego wtedy niemieckiego artylerzysty pomocniczego o imieniu Otto, obsługującego armatę przeciwlotniczą. Kolejne wątki trzykrotnie zawiodły mnie do Europy, gdzie rozgrywa się znacząca część opisanych wydarzeń. Zwiedziłem bazy lotnictwa bombowego w Anglii, spotykając się z osiemdziesięcioletnimi pilotami B-17. Wdrapałem się na górę Erice na Sycylii w poszukiwaniu groty, w której mieścił się punkt dowodzenia jednostki niemieckich myśliwców. Towarzyszyłem historykom wojskowości na lotniskach i w dusznych bunkrach na terenie Niemiec oraz Austrii. W poszukiwaniu rzadkich dokumentów pomagali mi archiwiści Militärarchiv-Bundesarchiv z Freiburga, National Archives z Kew oraz U.S. Air Force Historical Research Agency.
Wykorzystałem też własne przygody związane z pracą w moim czasopiśmie.
Otrzymałem pozwolenie na lot odrzutowym samolotem szkolno-bojowym z pilotem instruktorem, żebym mógł zapoznać się z taktyką walki myśliwców. Leciałem zrekonstruowanym bombowcem B-17, żeby poczuć, jak zachowuje się przy skrętach, zabrano mnie też do bombowca B-24. We wrześniu 2008 roku w kabinie transportowego C-17 poleciałem do Bagdadu. Stamtąd udałem się do Camp Anaconda, by poczuć żar pustyni i zerknąć na życie żołnierzy, towarzysząc im na patrolach. Uznałem bowiem, że nie można pisać o działaniach wojennych, jeśli samemu nie słyszało się huku dział w warunkach bojowych.
Rezultatem tego wszystkiego jest książka, której dawny ja, z wcześniejszymi uprzedzeniami, nigdy by nie napisał. Kiedy pierwszy raz zadzwoniłem do weterana drugiej wojny światowej, pilota bombowca Charliego Browna, chciałem tylko, by poświęcił mi pół godziny. Tymczasem natrafiłem na piękną historię, wartą każdej minuty z tych ośmiu lat. Opowieść ta dotyczy wielu kwestii związanych z sensem wojny i człowiekiem, którego nazywamy wrogiem. Jednakże przede wszystkim dotyczy kwestii dobra.

Czy można znaleźć dobrych ludzi po obu stronach złej wojny?

Adam Makos
Denver, Kolorado
wrzesień 2012

1.

Obcy we własnym kraju

Marzec 1946, Straubing, Niemcy

Franz Stigler, z rękoma w kieszeniach długiej obszarpanej wełnianej kurtki, podążał ulicami zbombardowanego miasteczka. Wydychane powietrze tworzyło połyskującą mgiełkę w słońcu zimnego wczesnego ranka. Szedł szybko, drobnymi krokami, od czasu do czasu krzyżując ramiona na piersi, by osłonić się przed podmuchami wiatru.
Miał trzydzieści lat, ale wyglądał na więcej. Był wymizerowany, jego mocne szczęki rysowały się wyraźnie pod skórą, a ostry orli nos wydawał się jeszcze bardziej wydatny. Mimo widocznego wycieńczenia ciemne oczy pobłyskiwały optymizmem. Od końca wojny minął dopiero rok i gospodarka Niemiec wciąż była w opłakanym stanie. Franz rozpaczliwie szukał pracy. W kraju zrujnowanym i wymagającym odbudowy najważniejszym przemysłem w Straubingu stała się produkcja cegieł. Słyszał, że cegielnia przyjmuje pracowników na dniówki.
Stukając głośno czarnymi skórzanymi butami o bruk, szybko przemierzył duży prostokątny plac Ludwiga. Promienie słońca już zaczynały tu sięgać. Pośrodku placu stał ratusz, bogato zdobiony zielony budynek z wysoką białą wieżą zegarową. Duże okna i figurki cherubinów rozbłysły w porannym słońcu. Ratusz był jednym z niewielu budynków, jakie przetrwały nietknięte. Z okolicznych domów po bombardowaniach i pożarach zostały same skorupy.
Kiedyś to miasto w Bawarii, będącej katolickim regionem południowych Niemiec, wyglądało jak z bajki. Mieszkańcy lubili piwo i bawili się przy każdej okazji. Miasteczko mieniło się kolorami; domy mieszkalne kryto czerwoną dachówką, gmachy urzędów wyróżniały się zielonymi bizantyńskimi kopułami, kościoły miały białe gotyckie wieże. Osiemnastego kwietnia 1945 roku nadleciały ciężkie amerykańskie bombowce, samoloty nazywane przez Niemców „czterema silnikami”. Bombardując obiekty kolejowe i stacje rozrządowe, zburzyły jedną trzecią miasta. Dwa tygodnie później Niemcy się poddały, ale Straubing zdążył już utracić swoje kolorowe dachy.
Zegar wybił ósmą, jego dźwięki okrążyły plac. Od ratusza, gdzie amerykańscy żołnierze wydawali kartki żywnościowe, ciągnęła się długa kolejka. Większość ludzi czekała w milczeniu. Niektórzy się kłócili. Dziesięć lat wcześniej Hitler obiecał zatroszczyć się o naród niemiecki, zapewnić mu żywność, dach nad głową i bezpieczeństwo. Zamiast tego wszystkiego przyniósł mu zniszczenie. Teraz tym narodem zajmowali się przedstawiciele państw koalicji antyhitlerowskiej – Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi. Nazywali swoją działalność „odbudową Niemiec”. Ta odbudowa ograniczała się, praktycznie rzecz biorąc, do działań humanitarnych, które były jednocześnie strategicznymi. Alianci potrzebowali Niemiec jako terenu frontowego w zimnej wojnie ze Związkiem Sowieckim. Zatem Amerykanie, którzy okupowali południowe Niemcy, w tym i Bawarię, postanowili naprawić szkody… w interesie Niemiec, jak i swoim własnym.
Zamiast omijać kolejkę ponurych ludzi, Franz prześlizgnął się pomiędzy nimi. Niektórzy zaczęli na niego wrzeszczeć, podejrzewając, że chce się wepchnąć. Mężczyzna się nie zrażał. Zauważył, że wzrok ludzi przyciągają jego buty.
Kurtka Franza, która wcześniej należała do jego ojca, była nadjedzona przez mole. Zielone bawarskie spodnie miały łaty na kolanach. Natomiast buty były niezwykłe. Sięgały powyżej łydki, a znad górnej krawędzi wystawał kożuszek, którym były wyłożone. Od wewnętrznej strony miały metalowy zamek błyskawiczny, a z przodu, na wysokości kostki, biegł czarny pasek z klamrą.
To były buty pilota. Jeszcze rok wcześniej latał w nich z dumą w rozrzedzonym powietrzu prawie dziesięć kilometrów nad ziemią, pilotując messerschmitta 109, z potężnym silnikiem Daimler-Benz. Kiedy inni walczyli na piechotę, on latał z szybkością sześciuset pięćdziesięciu kilo metrów na godzinę. Prowadził trzy eskadry* – w sumie około czterdziestu pilotów – przeciwko ugrupowaniom złożonym z tysiąca amerykańskich bombowców, które rozciągały się na sto pięćdziesiąt kilometrów. W ciągu trzech lat Franz brał udział w czterystu osiemdziesięciu siedmiu powietrznych starciach, dwukrotnie był ranny, raz się palił, ale jakoś zawsze wracał do bazy. Teraz jednak zamienił swój czarny skórzany kombinezon lotniczy, jedwabny szalik i szarą oficerską charakterystycznie zgniecioną z przodu czapkę na workowate ubranie prostego robotnika. Buty pilota zatrzymał… bo nie miał innych.

* Eskadra, z niem. Staffel, składała się etatowo z 16 samolotów, ale w warunkach bojowych mogło ich być mniej (do 9). Jej odpowiednikiem w lotnictwie brytyjskim i amerykańskim jest squadron, który w literaturze polskiej tłumaczy się także jako dywizjon (przyp. H.J.K.).

Idąc spiesznie ulicą, widział ludzi tłoczących się wokół tablic informacyjnych, by odczytać przymocowane tam pinezkami kartki. Poczta i telefony nie działały i jedynym sposobem porozumiewania się, szukania i odnajdywania najbliższych były właśnie te tablice. W Niemczech w tym czasie około siedmiu milionów ludzi nie miało dachu nad głową. Grupka kobiet stała przy opuszczonej klapie amerykańskiej wojskowej ciężarówki. Z jej wnętrza żołnierze rzucali im worki z rzeczami do prania, żując gumę i ćwicząc prawienie komplementów po niemiecku. Kobiety chichotały i brały po dwa worki. Kierowały się ku staremu parkowi na północ od miasta, gdzie łukiem płynęła odnoga Dunaju. Tam klękały na brzegu i prały żołnierską bieliznę. Woda była lodowata, ale Amerykanie płacili dobrze.
Główna ulica miasta biegła na północ, w stronę rzeki. Franz odwrócił się, ruszył nią i natychmiast natknął na kolejny tłum ludzi. Stanął jak wryty i przełknął ślinę. Niestety się spóźnił. Przed każdym budynkiem tego kwartału ciągnęła się długa kolejka mężczyzn szukających pracy. Niektórzy chuchali w dłonie. Inni robili skręty tułowia, by się rozgrzać. Większość była weteranami, odzianymi w te same szare bluzy i długie płaszcze, które nosili podczas wojny. Wciąż było widać ślady po zerwanych naszywkach. Podobnie jak Franz, starali się uchwycić strzępów zdewastowanej gospodarki.
Cegielnia znajdowała się jeszcze dalej i Franz miał nadzieję, że tam kolejka będzie krótsza. Minął ludzi pracujących wewnątrz murów zburzonego domu. Brakowało ścian od strony ulicy. Pod brezentowym dachem mężczyźni w zimowych ubraniach reperowali leżące na stołach małe silniki. Między nimi chodziła, dostarczając zlecenia, pozbawiona jednej ręki kobieta.
Ostrzegawczy dźwięk klaksonu kazał Stiglerowi uskoczyć z jezdni na chodnik. Minął go rozpędzony amerykański jeep, w którym siedzieli żandarmi wojskowi w czystych białych hełmach. Amerykanie pilnowali porządku, podczas gdy niewielkie siły nieuzbrojonej niemieckiej policji wspomagały ich w sprawach „lokalnych”. Niektórzy weterani wciąż odwracali wzrok na widok jeepów.
Na ławce, przy której zatrzymywały się autobusy, siedział beznogi weteran. Mężczyzna w postrzępionym wojskowym mundurze był tutaj codziennie. Wyglądał na czterdzieści lat, ale równie dobrze mógł mieć dwadzieścia. Długie włosy, siwy zarost na twarzy. Mrugał nerwowo jak człowiek, który widział tysiące piekieł. Uosabiał złą przeszłość, o której wszyscy chcieli zapomnieć.