Nieziemskie wyzwanie. Rok w kosmosie, życie pełne odkryć

Tytuł: Nieziemskie wyzwanie. Rok w kosmosie, życie pełne odkryć
Autor: Kelly Scott
Tytuł oryginału: ENDURANCE. A Year in Space, a Lifetime of Discovery
Tłumaczenie: Marek Fedyszak, Violetta Dobosz
ISBN 978-83-8110-413-5
Liczba stron: 456
Format 150×230 mm
Oprawa: twarda
Premiera 16 maja 2018
Wydanie: I
Stron: 605
Scott Kelly – weteran lotów kosmicznych i amerykański rekordzista w liczbie dni spędzonych w kosmosie, ma za sobą przeżycia, którymi może się poszczycić bardzo niewielu. Jego życzliwość, poczucie humoru i determinacja dają o sobie znać, gdy wspomina swoje dziecięce lata spędzone w New Jersey i młodzieńczą inspirację, która zapoczątkowała oszałamiającą karierę. Objawiają się one także wtedy, gdy przyznaje się do wiary w to, że naszym następnym – niewyobrażalnie trudnym krokiem w kosmos – będzie Mars.

FRAGMENT:

Prolog

Siedząc u szczytu stołu w jadalni mojego domu w Houston, kończę kolację z rodziną: moją przyjaciółką Amiko, moimi córkami Samanthą i Charlotte, moim bratem bliźniakiem Markiem, jego żoną Gabby i córką Claudią, naszym ojcem Richiem oraz synem Amiko, Corbinem. Siedzenie przy stole i spożywanie posiłku z tymi, których kochasz, jest rzeczą zwyczajną i wielu ludzi robi to codziennie, nie poświęcając temu większej uwagi. Dla mnie to coś, o czym marzyłem od prawie roku. Zastanawiałem się tyle razy, jak to będzie wyglądało, że kiedy wreszcie tu jestem, wydaje się trochę nierzeczywiste. Twarze ukochanych osób, których tak długo nie widziałem, gwar głosów wielu mówiących równocześnie ludzi, brzęk sztućców, szmer wina w kieliszku – od tego wszystkiego odwykłem. Dziwne jest nawet uczucie ciążenia utrzymującego mnie na krześle, a ilekroć odstawiam kieliszek lub odkładam widelec na stół, podświadomie szukam rzepa lub kawałka taśmy montażowej, którym mógłbym je unieruchomić. Jestem z powrotem na Ziemi od czterdziestu ośmiu godzin.

Odsuwam się od stołu i usiłuję wstać, czując się jak starzec wstający z szezlonga.

– Dobijcie mnie, mam dosyć – mówię.

Wszyscy się śmieją i zachęcają, żebym poszedł odpocząć. Rozpoczynam wędrówkę do sypialni: około dwudziestu kroków od krzesła do łóżka. Po trzecim kroku mam wrażenie, że podłoga kołysze się pode mną, i wpadam na donicę. Oczywiście to nie sprawa podłogi – to mój układ przedsionkowy próbuje się ponownie przystosować do ziemskiej grawitacji. Znowu przyzwyczajam się do chodzenia.

– Po raz pierwszy widzę, jak się potykasz – mówi Mark. – Całkiem nieźle sobie radzisz. – Z własnego doświadczenia wie, jak to jest wrócić do świata grawitacji po pobycie w przestrzeni kosmicznej.

Przechodząc obok Samanthy, kładę jej dłoń na ramieniu, a ona się do mnie uśmiecha.

Docieram do sypialni bez wypadku i zamykam drzwi. Bolą mnie wszystkie części ciała. Wszystkie stawy i wszystkie mięśnie protestują przeciwko miażdżącej sile ciężkości. Mam również mdłości, chociaż nie zwymiotowałem. Zdejmuję ubranie i kładę się do łóżka, delektując się kontaktem z pościelą, lekkim naciskiem koca, meszkiem poduszki pod głową. Bardzo mi tego wszystkiego brakowało. Słyszę radosny gwar mojej rodziny za drzwiami, głosy, które przez rok docierały do mnie zniekształcone przez odbicie sygnału w telefonie satelitarnym. Zapadam w sen przy kojących dźwiękach rozmów i śmiechów.

Budzi mnie błysk światła: czy już nastał ranek? Nie, to tylko Amiko kładzie się do łóżka. Spałem zaledwie parę godzin. Czuję się jednak jak w malignie. Trudno mi oprzytomnieć na tyle, żeby się poruszyć, powiedzieć jej, jak okropnie się czuję. Mam teraz silne mdłości, gorączkę, a ból się nasilił. Nie przypomina to objawów po poprzedniej misji. Te są o wiele gorsze. W końcu udaje mi się wypowiedzieć jedno słowo:

– Amiko.

Jest zatrwożona brzmieniem mojego głosu.

– Co się dzieje? – Kładzie dłoń na mojej ręce, potem na czole. Mam wrażenie, że jej skóra jest chłodna, ale to tylko dlatego, że sam jestem taki rozpalony.

– Nie czuję się dobrze – odpowiadam.

Byłem dotychczas w przestrzeni kosmicznej czterokrotnie, a ona już raz, kiedy spędziłem na pokładzie stacji kosmicznej sto pięćdziesiąt dziewięć dni w 2011 i 2012 roku, przeszła ze mną cały proces rekonwalescencji jako główne wsparcie. Mój organizm zareagował wówczas na powrót z kosmosu, ale jego reakcja w niczym nie przypominała obecnej.

Usiłuję wstać. Odnajduję brzeg łóżka. Stopy w dół. Siadam. Wstaję. W każdej fazie czuję, jakbym przedzierał się przez ruchome piaski. Kiedy wreszcie jestem w pionie, ból w nogach jest okropny, a oprócz bólu czuję coś jeszcze bardziej niepokojącego: cała krew w moim ciele błyskawicznie spływa do nóg – odwrotnie niż wtedy, gdy robi się stójkę. Czuję, jak tkanki w moich nogach obrzmiewają. Człapię do łazienki, przenosząc ciężar ciała z jednej stopy na drugą z wyraźnym wysiłkiem. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa.

Docieram do celu, włączam światło i spoglądam na swoje nogi. Są spuchnięte i wyglądają jak pniaki, w ogóle nie przypominają ludzkich kończyn.

– O cholera – mówię. – Amiko, przyjdź i zobacz.

Amiko klęka, naciska na kostkę i rozlega się dźwięk wody chlupoczącej w balonie. Spogląda na mnie z obawą w oczach i mówi:

– Nie mogę nawet wyczuć kości skokowej.

– Piecze mnie skóra – oznajmiam. Amiko ogląda mnie w gorączkowym pośpiechu. Mam dziwną wysypkę na całych plecach, z tyłu nóg, na potylicy i karku – wszędzie, gdzie moje ciało stykało się z materacem. Czuję, jak jej chłodne palce suną po rozpalonej skórze.

– To wygląda jak wysypka alergiczna – stwierdza. – Jak pokrzywka.

Korzystam z łazienki i powłócząc nogami, wracam do sypialni. Zastanawiam się, co powinienem zrobić. Normalnie, gdybym się obudził w takim stanie, pojechałbym do szpitala, ale przecież nikt na izbie przyjęć nie widział objawów rocznego pobytu w kosmosie. Gramolę się z powrotem do łóżka, próbując ułożyć się tak, żeby nie dotykać materaca pokrytymi wysypką częściami ciała. Słyszę, że Amiko grzebie w szafce z lekami. Wraca z dwiema tabletkami ibuprofenu i szklanką wody. Kiedy się kładzie, wyczuwam z każdego jej ruchu i oddechu, że martwi się o mnie. Oboje wiedzieliśmy, jakie ryzyko wiąże się z misją, na którą się zgłosiłem. Po sześciu latach razem doskonale ją rozumiem, nawet w niemej ciemności.

Gdy usiłuję zasnąć, zastanawiam się, czy mój przyjaciel Michaił Kornijenko także ma problemy z opuchniętymi nogami i bolesną wysypką – Misza wrócił do domu w Moskwie, spędziwszy razem ze mną prawie rok w przestrzeni kosmicznej. Podejrzewam, że tak. Przecież właśnie dlatego zgłosiliśmy się na tę misję na ochotnika: żeby odkryć, jak długi lot w kosmos wpływa na ludzkie ciało. Uczeni będą studiować dane na temat Miszy i mnie przez resztę naszego życia i po naszej śmierci. Nasze agencje kosmiczne nie będą w stanie penetrować odleglejszych obszarów przestrzeni, docierać do takich celów jak Mars, dopóki nie dowiemy się więcej o tym, jak wzmocnić najsłabsze ogniwa w łańcuchu, który umożliwia lot w kosmos: ciało i umysł człowieka. Ludzie często mnie pytają, dlaczego zgłosiłem się na tę misję, znając ryzyko – ryzyko towarzyszące wystrzeleniu rakiety, ryzyko nieodłącznie związane ze spacerami w przestrzeni kosmicznej, ryzyko powrotu na Ziemię, ryzyko, na które będę narażony w każdym momencie pobytu w metalowym pojemniku krążącym wokół Ziemi z prędkością 28 158 kilometrów na godzinę. Mam kilka odpowiedzi na to pytanie, ale żadna z nich nie wydaje mi się w pełni zadowalająca. Żadna nie stanowi całkowitego wyjaśnienia.

Kiedy byłem mały, miałem dziwny powracający sen na jawie. Widziałem siebie zamkniętego w pomieszczeniu tak małym, że można było w nim tylko leżeć. Zwinięty w kłębek na podłodze wiedziałem, że będę tam długo. Nie mogłem wyjść, ale mi to nie przeszkadzało – miałem wrażenie, że niczego mi nie brakuje. W sytuacji zamknięcia w tym pomieszczeniu pociągało mnie poczucie, że mieszkając tam, robię coś ambitnego. Czułem, że tam jest moje miejsce.

Miałem pięć lat, gdy pewnej nocy rodzice obudzili mnie oraz Marka i zaprowadzili nas na dół do salonu, żeby oglądać zamazany szary obraz w telewizji, na którym, jak nam wyjaśnili, znajdowali się ludzie spacerujący na Księżycu. Pamiętam, że słyszałem zniekształcony zakłóceniami głos Neila Armstronga i próbowałem zrozumieć szokujące twierdzenie, że odwiedza jarzący się krążek, który widziałem przez okno naszego domu na letnim niebie nad New Jersey. Oglądanie lądowania na Księżycu sprawiło, że śnił mi się powracający koszmar: przygotowywałem się do startu rakiety lecącej na Księżyc, ale zamiast siedzieć bezpiecznie w środku, byłem przypięty pasem do spiczastego końca rakiety, z plecami na stożku kadłuba, zwrócony twarzą prosto ku niebu. Kiedy czekałem podczas odliczania, Księżyc wisiał nade mną, jego olbrzymie kratery ziały groźnie. Wiedziałem, że nie mogę przeżyć chwili zapłonu. Ilekroć miałem ten sen, budziłem się spocony i przerażony tuż przedtem, zanim silniki wypuściły z siebie ognistą smugę.

Jako dziecko podejmowałem każde możliwe ryzyko – nie dlatego, że byłem lekkomyślny, ale dlatego, że wszystko inne mnie nudziło. Skakałem ze wszystkiego, wczołgiwałem się pod różne rzeczy, podejmowałem wyzwania innych chłopaków, jeździłem na wrotkach, ślizgałem się, pływałem i zaliczałem wywrotki na łodziach, kusząc czasem śmierć. Obaj z Markiem od szóstego roku życia wspinaliśmy się po rynnach i machaliśmy do naszych rodziców z dachów dwu- lub trzypiętrowych domów. Próbowanie czegoś trudnego stanowiło jedyny sposób na życie. Gdy robiłeś coś bezpiecznego, coś, o czym już wiedziałeś, że można to zrobić, marnowałeś czas. Zdumiewało mnie, że niektórzy moi rówieśnicy mogą po prostu siedzieć w klasie nieruchomo, oddychając i mrugając, przez cały dzień – że potrafią oprzeć się chęci wybiegnięcia na zewnątrz, wyruszenia na poszukiwania, zrobienia czegoś nowego, podjęcia ryzyka. Co oni mieli w głowach? Czy mogli nauczyć się w klasie czegoś, co przypominałoby choć trochę uczucie towarzyszące karkołomnemu zjazdowi na rowerze po zboczu wzgórza?

Byłem okropnym uczniem, wiecznie gapiącym się w okno lub patrzącym na zegar w oczekiwaniu na zakończenie lekcji. Nauczyciele rugali mnie, upominali, a w końcu – niektórzy – zaczęli mnie ignorować. Rodzice, policjant i sekretarka próbowali nas bezskutecznie zdyscyplinować. Żaden z nas nie słuchał. Na ogół byliśmy zdani na siebie – po szkole, gdy matka i ojciec jeszcze nie wrócili z pracy, oraz w sobotnie i niedzielne poranki, kiedy odsypiali kaca. Mogliśmy robić, co nam się podobało, a podobało nam się podejmowanie ryzyka.

W okresie nauki w szkole średniej po raz pierwszy znalazłem coś, w czym byłem dobry i co pochwalali moi rodzice: pracowałem jako technik ratownictwa medycznego. Kiedy uczęszczałem na kurs ratownictwa medycznego, odkryłem, że potrafię cierpliwie siedzieć i się uczyć. Zacząłem jako wolontariusz i w ciągu kilku lat doszedłem do poziomu pełnoetatowego pracownika. Jeździłem w karetce całą noc, nie wiedząc, z czym się zetknę – ranami postrzałowymi, atakiem serca czy złamaniem kości. Kiedyś przyjąłem poród na osiedlu komunalnym; matka leżała w brudnej pościeli, nad głową wisiała nieosłonięta kloszem żarówka, w zlewie zalegała sterta nieumytych naczyń. Przyprawiające o mocne bicie serca uczucie, że wkraczam na potencjalnie niebezpieczny grunt i muszę się zdać na swój rozsądek, było upajające. Miałem do czynienia z krytycznymi sytuacjami, a nie nudnymi – i dla mnie bezsensownymi – przedmiotami szkolnymi. Rankiem często jechałem do domu i zamiast iść do szkoły, kładłem się spać.

Udało mi się ukończyć szkołę średnią z ocenami lokującymi mnie w dolnej połówce mojej klasy. Poszedłem do jedynego college’u, do którego mnie przyjęto (zresztą nie był on tym, do którego miałem złożyć papiery – tak bardzo byłem rozkojarzony). Nauka tam interesowała mnie nie bardziej niż w szkole średniej, robiłem się również za stary na skakanie ze wszystkiego dla zabawy. Miejsce fizycznego ryzyka zajęło imprezowanie, ale ono nie dawało mi satysfakcji. Pytany przez dorosłych mówiłem, że chcę zostać lekarzem. Zapisałem się na zajęcia przygotowujące do studiów medycznych, ale nie zaliczyłem ich pierwszego semestru. Wiedziałem, że będę dreptał w miejscu, dopóki nie usłyszę, że mam robić coś innego, i nie miałem pojęcia, co to mogłoby być.

Pewnego dnia wszedłem do księgarni w kampusie, żeby kupić coś do jedzenia, i mój wzrok przyciągnęła wystawa. S-kadra – litery na okładce wydawały się płynąć w przyszłość z niepohamowaną prędkością. Nie lubiłem czytać – ilekroć miałem przeczytać jakąś książkę na zajęcia szkolne, ledwie ją przeglądałem, beznadziejnie znudzony. Czasem zaglądałem do repetytorium i z tego, co w nim czytałem, zapamiętywałem na tyle dużo, by zaliczyć sprawdzian z lektury, czasem nie. W całym życiu przeczytałem z wyboru niewiele książek – ta jednak jakoś mnie przyciągnęła.

Wziąłem do ręki egzemplarz i po przeczytaniu pierwszego zdania poczułem smród zadymionego pola w pobliżu bazy lotniczej marynarki w Jacksonville na Florydzie, gdzie właśnie zginął i doszczętnie spłonął młody pilot oblatywacz. Rozbił swój samolot, zderzywszy się z pniem drzewa, które „zgruchotało głowę pilota na miazgę niczym melon”. Ta scena przykuła moją uwagę jak nic innego, co dotąd czytałem. W tym opisie było coś znajomego, choć nie wiedziałem co.

Kupiłem tę książkę i leżąc na niezasłanym łóżku w akademiku, czytałem ją z bijącym sercem przez resztę dnia, a dynamiczne, zapętlone zdania Wolfe’a rozbrzmiewały w mojej głowie. Byłem urzeczony opisem oblatywaczy marynarki wojennej, młodych mistrzów pilotażu startujących z lotniskowców, testujących niestabilne samoloty, pijących na umór i na ogół przemierzających świat jak wyjątkowi twardziele.

Wydawało się, że w tym hermetycznym bractwie panuje przekonanie, że człowiek powinien umieć wzbić się w powietrze w pędzącej maszynie i narażać własną skórę, a potem mieć dość animuszu, refleksu, doświadczenia i zimnej krwi, żeby wylądować w ostatnim momencie – a następnego dnia znowu wystartować, zrobić to dzień później i we wszystkie kolejne dni, nawet gdyby ten ciąg startów miał się okazać nieskończony – i ostatecznie, w najlepszym wyrazie braterstwa, czynić to w imię sprawy, która coś znaczy dla tysięcy ludzi, dla narodu, państwa, ludzkości i Boga.

To nie była jedynie ekscytująca książka przygodowa. Przypominała raczej plan na życie. Ci młodzi ludzie latający odrzutowcami marynarki wojennej wykonywali prawdziwą pracę i egzystowali w prawdziwym świecie. Niektórzy zostali astronautami, i to też była prawdziwa praca. Rozumiałem, że trudno było dostać taką pracę, ale niektórzy jednak ją otrzymywali. To się dało zrobić. Do tych pilotów przyciągała mnie nie myśl o „odpowiednich przymiotach” – specjalnych cechach, które mieli ci nieliczni mężczyźni – lecz myśl o robieniu czegoś ogromnie trudnego, narażaniu w tym celu życia i wychodzeniu cało z opresji. Przypominało mi to nocną jazdę w karetce, tyle że z prędkością dźwięku. Dorośli z mojego otoczenia, którzy zachęcali mnie, bym został lekarzem, myśleli, że lubię być technikiem ratownictwa medycznego, bo podoba mi się mierzenie ciśnienia krwi, stabilizacja złamanych kości i niesienie pomocy ludziom. Tym jednak, o czym marzyłem w pogotowiu, była ekscytacja, trudność, to, co nieznane i ryzykowne. Tutaj, w tej książce, znalazłem coś, czego nigdy nie spodziewałem się znaleźć: ambicję. Tamtego wieczoru zamykałem tę książkę jako inny człowiek.

W następnych dekadach wiele razy pytano mnie, co zapoczątkowało moją karierę astronauty, i mówiłem o oglądaniu w dzieciństwie lądowania na Księżycu lub startu pierwszego wahadłowca. Te odpowiedzi były do pewnego stopnia prawdziwe. Nigdy nie opowiedziałem o osiemnastolatku w dusznym pokoiku akademika, oczarowanym zawiłymi zdaniami opisującymi od dawna nieżyjących pilotów. To właśnie stanowiło prawdziwy początek.

Kiedy zostałem astronautą i zacząłem poznawać swoich kolegów ze szkoleń, wielu z nas łączyło wspomnienie, jak schodziliśmy w pidżamie po schodach, żeby oglądać lądowanie na Księżycu. Większość z nich postanowiła właśnie wtedy, że pewnego dnia polecą w kosmos. Wówczas zapewniano nas, że Amerykanie wylądują na powierzchni Marsa do 1975 roku, kiedy miałem skończyć jedenaście lat. Teraz, gdy już umieściliśmy człowieka na Srebrnym Globie, wszystko było możliwe. Potem NASA straciła większość finansowania i przez dziesięciolecia nasze marzenia o przestrzeni kosmicznej pozostawały okrojone. Mimo to naszej grupie astronautycznej powiedziano, że będziemy pierwszymi, którzy polecą na Marsa, i uwierzyliśmy w to tak całkowicie, że umieściliśmy tę planetę, małą czerwoną kropkę wznoszącą się nad Księżycem i Ziemią, na naszywkach na swoich bluzach. Od tego czasu NASA ukończyła montaż Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, najtrudniejszą rzecz, jakiej ludzie kiedykolwiek dokonali. Podróż na Marsa i z powrotem będzie jednak jeszcze trudniejsza, dlatego spędziłem rok w przestrzeni kosmicznej – więcej czasu, niż trwałby lot na Marsa – żeby pomóc odpowiedzieć na niektóre pytania o to, jak możemy przetrwać tę podróż.

Wciąż, jak w czasach młodości, podejmuję ryzyko. Pamiętam, że w dzieciństwie poddawałem swoje ciało działaniu nieokiełznanych sił, marzyłem, by piąć się coraz wyżej, narażałem się na groźne skutki grawitacji. Dla astronauty wspomnienia te są z jednej strony niepokojące, ale z drugiej kojące. Ilekroć podejmowałem ryzyko, przeżywałem, by odetchnąć z ulgą. Ilekroć pakowałem się w tarapaty, udawało mi się wyjść z nich bez szwanku.

Przez prawie całą roczną misję myślałem o tym, jak wiele znaczyła dla mnie S-kadra, i postanowiłem zadzwonić do Toma Wolfe’a; uznałem, że chyba ucieszy się z rozmowy telefonicznej z kosmosu. W jej trakcie zapytałem między innymi, jak pisze swoje książki, jak mógłbym zacząć myśleć o ujęciu moich przeżyć w słowa.

– Zacznij od początku – odparł, i tak właśnie zrobię.

1

20 lutego 2015

Żeby opuścić Ziemię, trzeba dotrzeć na jej krańce. Ponieważ promy kosmiczne wycofano z użytkowania w 2011 roku, w kwestii wystrzeliwania nas w przestrzeń kosmiczną zdajemy się na Rosjan i musimy zacząć od podróży do kosmodromu Bajkonur na pustynnych stepach Kazachstanu. Najpierw odbywam znaną mi już jedenastogodzinną podróż samolotem z Houston do Moskwy, a stamtąd jadę furgonetką do oddalonego o siedemdziesiąt dwa kilometry – jedna do czterech godzin, zależnie od natężenia ruchu w stolicy Rosji – Gwiezdnego Miasteczka. Gwiezdne Miasteczko stanowi rosyjski odpowiednik Johnson Space Center; to miejsce, gdzie od pięćdziesięciu lat szkoleni są kosmonauci (a od niedawna astronauci, którzy podróżują z nimi w kosmos).

Gwiezdne Miasteczko ma swojego burmistrza i cerkiew, muzea oraz bloki mieszkalne. Jest tam olbrzymi posąg Jurija Gagarina – który w 1961 roku jako pierwszy człowiek odbył lot w przestrzeni kosmicznej – kroczącego naprzód ze zwykłą socrealistyczną pokorą, z bukietem kwiatów w ukrytej za plecami dłoni. Przed laty rosyjska agencja kosmiczna zbudowała specjalnie dla nas rząd domów jednorodzinnych i pobyt w nich przypomina wizytę na planie zdjęciowym filmu kręconego na podstawie stereotypowego wyobrażenia Rosjan o życiu Amerykanów. Zainstalowano tam wielkie lodówki i telewizory, ale wszystko jest jakoś trochę nie takie jak trzeba. Spędziłem w Gwiezdnym Miasteczku sporo czasu, pełniąc między innymi funkcję dyrektora ds. operacji NASA, ale wciąż czuję się tam obco, zwłaszcza w środku mroźnej rosyjskiej zimy. Po wielu tygodniach szkolenia uświadamiam sobie, że pragnę wrócić do Houston.

Z Gwiezdnego Miasteczka lecimy do oddalonego o 2600 kilometrów Bajkonuru, niegdyś tajnego miejsca startu lotów w ramach sowieckiego programu badania kosmosu. Mówi się czasem, że jakieś miejsce znajduje się „w szczerym polu”, ale ja sam mówię tak już wyłącznie w odniesieniu do Bajkonuru. Baza kosmiczna została w rzeczywistości zbudowana w miejscowości Tiuratam, nazwanej tak na cześć jakiegoś potomka Dżyngis-chana, ale dla niepoznaki nadano jej nazwę oddalonej o kilkaset kilometrów kazachskiej wsi Bajkonur. Na początku Sowieci określali swój obiekt także mianem Gwiezdnego Miasteczka, żeby dodatkowo zdezorientować Stany Zjednoczone. We mnie, Amerykaninie, który dorastał i szkolił się na pilota marynarki wojennej w końcówce zimnej wojny, fakt, że jestem zapraszany do centrum realizacji dawnego sowieckiego programu kosmicznego, abym tam poznawał jego tajemnice, zawsze będzie budzić nieco dziwne uczucie. Obecni mieszkańcy Bajkonuru to w większości Kazachowie, będący potomkami plemion turkijskich i mongolskich, oraz stanowiący mniejszość etniczną Rosjanie, których zostawiono tutaj po rozpadzie Związku Sowieckiego. Rosja dzierżawi tutejsze obiekty od Kazachstanu. Główną walutą jest rosyjski rubel, a wszystkie pojazdy mają rosyjskie tablice rejestracyjne.

Z powietrza wydaje się, że Bajkonur został rzucony na chybił trafił na wyżynny obszar pustynnych stepów. Stanowi dziwny zbiór paskudnych betonowych budynków, w których jest potwornie gorąco latem i bardzo zimno w zimie, ze zwalonymi wszędzie na sterty nieużywanymi już, rdzewiejącymi maszynami. Stada dzikich psów i wielbłądów żebrzą o jedzenie w cieniu kosmonautycznego sprzętu. To opustoszałe i przeraźliwe miejsce i jedyny czynny port kosmiczny dla całego niemal świata.

Opadam w stronę Bajkonuru w tupolewie 134, starym rosyjskim samolocie transportowym. Kiedyś był zapewne wyposażony w belki do podwieszania bomb i w razie konieczności mógł służyć jako bombowiec, część zimnowojennego arsenału, który Sowieci rozwinęli w celu ataku na mój kraj. Teraz jednak używa się go do transportu międzynarodowych grup kosmicznych podróżników – rosyjsko-amerykańsko-europejsko-japońsko-kanadyjskich. Jesteśmy dawnymi wrogami przemienionymi w członków załogi zmierzającej na stację kosmiczną, którą wspólnie zbudowaliśmy.

Przednia część samolotu jest zarezerwowana dla załogi podstawowej (moich dwóch rosyjskich kolegów i mnie) oraz wielu VIP-ów. Od czasu do czasu wędruję w kierunku ogona, gdzie siedziałem podczas poprzednich podróży do Bajkonuru. Odkąd tego ranka opuściliśmy Gwiezdne Miasteczko, wszyscy piją, a młodszy personel rosyjski urządza sobie tutaj własne przyjęcie. Rosjanie nigdy nie raczą się alkoholem, nie zagryzając, więc do wódki i koniaku podają pomidory, ser, kiełbasę, ogórki konserwowe, suszone słone chrupki rybne oraz plasterki solonej słoniny zwanej sało. Kiedy podczas swojej pierwszej podróży do Kazachstanu w roku 2000 szedłem między biesiadującymi w tyle samolotu, żeby znaleźć toaletę, zostałem zatrzymany i zmuszony do picia samogonu, rosyjskiej księżycówki. Ci młodzieńcy byli tak pijani, że zataczali się wskutek turbulencji i odurzenia alkoholem, rozlewając go na siebie oraz na podłogę samolotu i paląc przy tym jednego papierosa za drugim. Mieliśmy szczęście, że dotarliśmy do Kazachstanu, nie zamieniając się w wyniku eksplozji w olbrzymią kulę płonącej księżycówki i paliwa lotniczego.

Dzisiaj wszyscy znowu ostro tankują i kiedy wynurzamy się z chmur nad płaską zamarzniętą pustynią i lądujemy na jedynym pasie startowym Bajkonuru, jesteśmy na niezłym gazie. Wyłazimy z samolotu, robiąc wielkie oczy w panującym zimnie, i napotykamy komitet powitalny: oficjeli z Roskosmosu, rosyjskiej agencji kosmicznej, oraz Energii, firmy budującej statki kosmiczne Sojuz; jeden z nich zabierze nas na orbitę, żeby połączyć się z Międzynarodową Stacją Kosmiczną. Na miejscu jest burmistrz Bajkonuru oraz lokalni dygnitarze. Mój rosyjski kolega Giennadij Padałka występuje naprzód i przemawia do nich stanowczo, podczas gdy my stoimy niemal na baczność:

– My gotowy k sliedujuszczym szagom naszoj podgotowki („Jesteśmy gotowi na następne kroki w naszych przygotowaniach”).

To rytuał, podobnie jak tyle innych w lotach kosmicznych. My, Amerykanie, urządzamy podobne zainscenizowane powitania w podobnych punktach przygotowań do startu. Istnieje wąska granica miedzy rytuałem a przesądem, a w niebezpiecznej branży, takiej jak loty w kosmos, przesąd może poprawiać samopoczucie nawet niewierzącemu.

Na skraju pasa do kołowania przedstawia się naszym oczom dziwny, ale miły widok: grupka kazachskich dzieci, małych ambasadorów z krańca Ziemi. Mają pyzate buzie, czarne włosy i przeważnie azjatyckie rysy, noszą jaskrawe, zakurzone ubrania i dzierżą w dłoniach balony. Rosyjski lekarz ostrzegł nas, byśmy trzymali się od nich z daleka: była obawa o wybuch epidemii odry w tym regionie i gdyby jeden z nas miał się zarazić, konsekwencje byłyby poważne. Wszystkich nas zaszczepiono, ale rosyjscy lekarze misji są bardzo ostrożni; nikt nie chce lecieć w kosmos z odrą. Normalnie stosujemy się do nakazów lekarza, zwłaszcza że może nie zezwolić nam na lot. Giennadij idzie jednak pewnym krokiem naprzód.

– Musimy się przywitać z dziećmi – mówi stanowczo po angielsku.

Zarówno Giennadija, jak i trzeciego członka naszej załogi, Michaiła Kornijenkę („Miszę”), znam od końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy zacząłem podróżować do Rosji, żeby pracować nad wspólnym rosyjsko-amerykańskim programem misji na stacji kosmicznej. Giennadij ma bujną siwą czuprynę i bystre spojrzenie, które rejestruje prawie wszystko. Ma pięćdziesiąt sześć lat i jest dowódcą naszego Sojuza. Jest urodzonym przywódcą, wykrzykującym, kiedy trzeba, rozkazy szorstkim głosem, ale słuchającym uważnie, gdy jeden z członków jego załogi ma odmienne zdanie. To człowiek, któremu bezgranicznie ufam. Kiedyś w Moskwie, w pobliżu Kremla widziałem, jak odłączył się od swoich kolegów kosmonautów, żeby oddać hołd w miejscu, gdzie został zamordowany, przypuszczalnie przez ludzi Władimira Putina, polityk opozycji. Ten gest w przypadku kosmonauty, pracownika na rządowej pensji, był ryzykowny. Wydawało się, że inni towarzyszący nam Rosjanie nie chcą nawet rozmawiać o tym zabójstwie, ale nie Giennadij.

Misza, który przez rok będzie moim towarzyszem podróży, jest o dwa lata młodszy od Padałki i zupełnie inny – swobodny, spokojny i refleksyjny. Jego ojciec był pilotem śmigłowca pracującym dla potrzeb kosmonautów w ratownictwie wojskowym; zginął w katastrofie helikoptera, kiedy Misza miał zaledwie pięć lat. To zrządzenie niezgłębionego losu tylko wzmocniło jego młodzieńcze marzenia o lataniu w kosmos. Po służbie w wojskach desantowych Misza musiał uzyskać dyplom inżyniera w Moskiewskim Instytucie Lotnictwa, żeby zostać inżynierem lotów. Nie mógł tam studiować, ponieważ nie był zameldowany w obwodzie moskiewskim, został więc w tym celu funkcjonariuszem moskiewskiej milicji i potem już mógł to robić. W roku 1998 przeszedł selekcję na przyszłego kosmonautę.

Gdy Misza podczas rozmowy patrzy na ciebie jasnoniebieskimi oczami, masz wrażenie, że nie ma dla niego ważniejszej rzeczy niż zrozumieć w pełni, o co ci chodzi. Okazuje swoje uczucia bardziej otwarcie od innych znanych mi Rosjan. Gdyby był Amerykaninem, mógłbym go sobie wyobrazić jako hipisa mieszkającego w Vermoncie i noszącego klapki Birkenstocka.

Podchodzimy do kazachskich dzieci, które zebrały się, żeby nas powitać. Pozdrawiamy je, ściskamy im dłonie i przyjmujemy kwiaty, które, o ile wiem, pokryte są wirusem odry. Giennadij radośnie z nimi gawędzi, jego twarz rozjaśnia charakterystyczny uśmiech.

Całe towarzystwo – załoga podstawowa, załoga rezerwowa i personel pomocniczy – wsiada do dwóch autobusów jadących do miejsca kwarantanny, gdzie spędzimy najbliższe dwa tygodnie (załogi podstawowa i rezerwowa zawsze podróżują oddzielnie z takiego samego powodu, z jakiego czynią to amerykański prezydent i wiceprezydent). Kiedy wchodzimy do środka, Giennadij dla żartu siada w fotelu kierowcy i wszyscy robimy mu zdjęcia telefonami komórkowymi. Wiele lat temu załogi odbywały podróż do Bajkonuru, spędzały tam jeden dzień, sprawdzając przygotowanie statku Sojuz, po czym wracały do Gwiezdnego Miasteczka, żeby przez dwa tygodnie czekać tam na start. Cięcia w wydatkach nie pozwalają nam na więcej podróży, będziemy więc tutaj uziemieni przez cały czas. Zajmuję miejsce przy oknie, wkładam do uszu słuchawki i opieram głowę o szybę, licząc na to, że uda mi się zdrzemnąć, zanim dotrzemy do przypominającego hotel miejsca kwarantanny. Droga, którą jedziemy, jest w okropnym stanie – zawsze tak było, a sytuacja tylko się pogarsza – a zryty i połatany asfalt sprawia, że stukam głową w okno na tyle często, bym nie mógł zasnąć.

Mijamy rozpadające się osiedla z ery sowieckiej, wielkie zardzewiałe talerze anten satelitarnych zapewniające łączność z rosyjskimi statkami kosmicznymi, rozsiane gdzie popadnie sterty śmieci i pojedyncze wielbłądy. Jest bezchmurny słoneczny dzień. Przejeżdżamy obok tutejszego pomnika Jurija Gagarina, tym razem z podniesionymi rękami – nie w triumfalnym geście gimnastyka cieszącego się z idealnego zeskoku, lecz w radosnym szczerym geście chłopaka, który zaraz zrobi salto. Na tym pomniku Gagarin się uśmiecha.

Daleko na horyzoncie, nad tą samą, coraz bardziej zniszczoną betonową płytą – tą samą, z której Jurij po raz pierwszy wystartował z Ziemi, tą samą, z której opuszczali powierzchnię Ziemi niemal wszyscy rosyjscy kosmonauci, i tą samą, z której ja wzbiję się na orbitę za dwa tygodnie, wznosi się wieża startowa. Wydaje się, że Rosjanie dbają czasem bardziej o tradycję niż o wygląd lub funkcjonalność. Ta płyta, nazywana przez nich Gagarinskim Startom (Płytą Gagarina), jest przepojona sukcesami z przeszłości i zarząd Bajkonuru nie zamierza jej wymieniać.

Nasza misja polegająca na spędzeniu roku na ISS nie ma precedensu. Normalna misja na stacji kosmicznej trwa pięć do sześciu miesięcy, uczeni mają więc sporo danych o tym, co się w tym czasie dzieje z ludzkim ciałem w przestrzeni kosmicznej. Niewiele jednak wiadomo, co dzieje się później. Objawy mogą się na przykład gwałtownie nasilić lub ustabilizować. Nie wiemy tego, i istnieje tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.

Obaj z Miszą będziemy zbierać różnego rodzaju dane do badań nad sobą, co zajmie nam znaczną część czasu. Ponieważ ja i Mark jesteśmy bliźniętami jednojajowymi, uczestniczę również w rozległym badaniu porównującym nasz stan przez cały ten rok pod każdym względem, aż do poziomu genów. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna to światowej klasy laboratorium orbitalne i oprócz badań nad organizmem ludzkim, w których stanowię jeden z głównych obiektów badawczych, poświęcę także dużo czasu innym doświadczeniom, na przykład z mechaniki płynów, botaniki i spalania, oraz obserwacji Ziemi.

Kiedy mówię o Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, zawsze dzielę się ze swoimi słuchaczami refleksją na temat znaczenia badań naukowych, które tam się prowadzi. Dla mnie jednak równie ważne jest to, że stacja służy naszemu gatunkowi jako przyczółek w przestrzeni kosmicznej. Stamtąd możemy się dowiedzieć więcej o tym, jak przesuwać dalej granice naszej obecności w kosmosie. Koszty tego, tak samo jak związane z tym ryzyko, są wysokie.

Podczas swojej ostatniej bytności na stacji, misji trwającej sto pięćdziesiąt dziewięć dni, doznałem utraty masy kostnej i zaniku mięśni, zmienił się też obieg krwi w moim ciele, co doprowadziło do nadwerężenia i skurczenia się ścian serca. Co bardziej niepokojące, podobnie jak wielu innych astronautów, doświadczyłem problemów ze wzrokiem. Byłem wystawiony na promieniowanie trzydziestokrotnie silniejsze od promieniowania na Ziemi, równoważne około dziesięciu zdjęciom rentgenowskim dziennie. To narażenie na szkodliwy wpływ promieniowania zwiększy u mnie na resztę życia ryzyko zachorowania na raka. Nic z tego nie dorównuje jednak najbardziej niepokojącemu ryzyku, że w trakcie mojego pobytu w kosmosie mogłoby się zdarzyć coś złego komuś, kogo kocham, a ja nie będę mógł w żaden sposób wrócić do domu.

Patrząc przez okno autobusu na ten dziwny krajobraz Bajkonuru, uświadamiam sobie, że przez cały spędzony tutaj czas, w rzeczywistości wiele tygodni, nigdy tak naprawdę nie widziałem samego miasta. Byłem jedynie w wyznaczonych strefach, gdzie mam oficjalne sprawy do załatwienia: w hangarach, gdzie inżynierowie i technicy przygotowują do lotu nasz statek kosmiczny i rakietę; w pozbawionych okien, oświetlonych jarzeniówkami pomieszczeniach, w których wkładamy nasze skafandry ciśnieniowe Sokoł; w budynku, gdzie przebywają nasi instruktorzy, tłumacze, lekarze, kucharze, ludzie zarządzający misją oraz inni członkowie personelu pomocniczego; oraz w pobliskim budynku czule nazywanym przez Amerykanów „Pałacem Saddama”, w którym przebywamy my. Ta luksusowa rezydencja została zbudowana, żeby zapewnić dach nad głową szefowi rosyjskiej agencji kosmicznej oraz jego personelowi i gościom, on zaś pozwala korzystać z niej załogom podczas naszego pobytu tutaj. To przyjemniejsze miejsce niż ten drugi obiekt i zdecydowanie przyjemniejsze od surowych kwater dla załóg w biurowcu, w którym astronauci z wahadłowców zwykle spędzali czas kwarantanny w Kennedy Space Center na Florydzie. W Pałacu Saddama były kryształowe żyrandole, marmurowe posadzki oraz czteropokojowy apartament z wanną z hydromasażem dla każdego z nas. W budynku znajduje się także bania, czyli rosyjska sauna z basenem z zimną wodą, do której wskakuje się po gorącej kąpieli. Na początku naszej dwutygodniowej kwarantanny idę do bani i zastaję w niej nagiego Miszę smagającego gołego Giennadija brzozowymi witkami. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę scenę, byłem nieco zaskoczony, lecz odkąd sam doświadczyłem kąpieli w bani, zakończonej zanurzeniem się w lodowatej wodzie w basenie i wypiciem rosyjskiego piwa warzonego w domu, w pełni zrozumiałem jej atrakcyjność.

W Pałacu Saddama jest również wyszukana jadalnia z wymaglowanymi białymi obrusami, piękną porcelaną oraz płaskoekranowym telewizorem na ścianie, w którym ciągle pokazują stare rosyjskie filmy, uwielbiane, jak się wydaje, przez kosmonautów. Rosyjska kuchnia jest dobra, ale dla Amerykanów może po pewnym czasie stracić walor nowości – barszcz przy niemal każdym posiłku, mięso i ziemniaki, inne rodzaje mięsa i ziemniaków, a wszystko to pokryte masą kopru ogrodowego.

– Giennadij – mówię w trakcie kolacji kilka dni po rozpoczęciu naszego pobytu – o co chodzi z całym tym koprem?

– Co masz na myśli? – pyta Rosjanin.

– Dodajecie go do wszystkiego. Niektóre z tych potraw mogłyby być rzeczywiście dobre, gdyby nie były pokryte koprem.

– Aha, w porządku, rozumiem – mówi Giennadij, kiwając głową, a na jego twarzy powoli rozkwita charakterystyczny uśmiech. – To pozostałość czasów, gdy dieta Rosjan składała się głównie z ziemniaków, kapusty oraz wódki. Koper zapobiega wiatrom.

Później sprawdzam to w przeglądarce Google. To prawda. Tak się składa, że uniknięcie wiatrów to cel wart zachodu, zanim trafi się razem do małej blaszanej puszki na wiele godzin, przestaję więc narzekać na koper.

Dzień po przybyciu do Bajkonuru mamy pierwszą „przymiarkę”. To nasza szansa, by wejść do kapsuły Sojuza, kiedy wciąż znajduje się w hangarze i nie została jeszcze połączona z rakietą, która wyniesie nas w przestrzeń kosmiczną. W olbrzymim hangarze nazywanym „Budynkiem 254” zakładamy swoje skafandry Sokoł – co zawsze jest skomplikowanym procesem. Do skafandra można się dostać jedynie przez otwór na wysokości klatki piersiowej, musimy więc wsunąć nogi do otworu, a następnie z trudem wkładamy ręce w rękawy, szukając po omacku pierścienia szyjnego, w którym ma się zmieścić głowa. Często kończy się to dla mnie zadrapaniami na czaszce. Brak włosów jest w tym wypadku wadą. Potem otwór na piersi zostaje szczelnie zamknięty przez żenująco nienowoczesne łączenie brzegów tkaniny i ściąganie ich elastycznymi opaskami. Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z tym systemem, nie mogłem uwierzyć, że te gumowe opaski to wszystko, co ma nas chronić przed kontaktem z kosmosem. Gdy już dotarłem na pokład stacji kosmicznej, dowiedziałem się, że Rosjanie używają identycznych opasek do szczelnego zamykania worków ze śmieciami. W pewnym sensie jest to dla mnie komiczne; pod innym względem szanuję skuteczność rosyjskiego podejścia do techniki. Skoro ten sposób się sprawdza, po co go zmieniać?

Skafander Sokoł zaprojektowano jako ratowniczy, co znaczy, że jego jedyną funkcją jest ocalenie nas w przypadku pożaru lub dekompresji w Sojuzie. Różni się on od skafandra kosmicznego, który będę nosił podczas spacerów w kosmosie w późniejszym okresie swojej misji; tamten będzie znacznie mocniejszy i bardziej funkcjonalny, sam w sobie stanowiący mały statek kosmiczny. Sokoł służy temu samemu celowi co pomarańczowy skafander ciśnieniowy zaprojektowany przez NASA, którego używałem podczas lotu promem kosmicznym. NASA wprowadziła ten skafander dopiero po katastrofie Challengera, do której doszło w 1986 roku; wcześniej astronauci w wahadłowcach nosili zwykłe kombinezony lotnicze, podobnie jak czynili Rosjanie, zanim dekompresja nie uśmierciła trzech kosmonautów w 1971 roku. Od tamtego czasu kosmonauci (i każdy astronauta, który ma do nich dołączyć w Sojuzie) noszą skafandry Sokoł. W dziwny sposób otaczają nas świadectwa tych tragedii, zbyt późne rozwiązania naprawcze, które mogły uratować astronautów i kosmonautów ryzykujących w taki sam sposób jak my i przegrali.

Dzisiejszy dzień przypomina próbę kostiumową: wkładamy skafandry, sprawdzamy ich szczelność, po czym zostajemy przypasani do naszych foteli zrobionych z gipsowych form zdjętych z naszych ciał. Nie chodzi o naszą wygodę, która dla Rosjan nie stanowi szczególnego priorytetu, ale o bezpieczeństwo i zaoszczędzenie miejsca – nie ma sensu robienie fotela większego niż to absolutnie niezbędne. Odlane na miarę fotele otulą nasze grzbiety i pochłoną część siły uderzenia przy twardym lądowaniu podczas powrotu na Ziemię w rok po jej opuszczeniu.

Chociaż w symulatorach lotu Sojuzem w Gwiezdnym Miasteczku spędziłem sporo czasu, wciąż mnie zdumiewa, jak trudno mi się wcisnąć w swój fotel w skafandrze ciśnieniowym. Za każdym razem przez chwilę mam wątpliwości, czy się zmieszczę. Potem jednak mi się udaje – z wielkim trudem. Gdybym miał się wyprostować, głową uderzyłbym w ścianę kapsuły. Zastanawiam się, jak sobie z tym radzą moi wyżsi koledzy. Gdy jesteśmy przypięci pasami, ćwiczymy posługiwanie się sprzętem, sięgając do przycisków, odczytując dane z ekranów i biorąc do ręki listy kontrolne. Dyskutujemy o tym, co chcielibyśmy mieć przerobione zgodnie z naszymi potrzebami, z takimi szczegółami jak to, gdzie chcemy umieścić nasze regulatory czasowe (stosowane do ustawienia momentu zapłonu paliwa w silnikach), gdzie mają być ołówki oraz kawałki rzepów, które pozwolą nam „odkładać” wszystko w kosmosie.

Kiedy kończymy, wyłazimy z kapsuły i rozglądamy się po zakurzonym hangarze. Znajduje się w nim następny pojazd transportowy Progress; wygląda bardzo podobnie do Sojuza, ponieważ Rosjanie nigdy nie tworzą dwóch konstrukcji, jeżeli wystarczy jedna. Za kilka miesięcy ten Progress dostarczy sprzęt, aparaturę do doświadczeń, żywność, tlen oraz paczki dla przebywających na ISS. Potem, w lipcu, wystartuje Sojuz z nową trzyosobową załogą. Gdzieś w tym hangarze montowane są części Sojuza mającego polecieć w następnej kolejności oraz kolejnych statków. Rosjanie posyłają Sojuzy w kosmos, od czasu gdy byłem trzyletnim chłopcem.

Statek kosmiczny Sojuz – Sojuz znaczy po rosyjsku „związek”, jak w nazwie „Związek Sowiecki” – jest tak zaprojektowany, żeby mógł manewrować w przestrzeni, połączyć się ze stacją i utrzymać istoty ludzkie przy życiu, lecz to rakiety są końmi pociągowymi, wynalezionym przez ludzkość rozwiązaniem problemu przyciągania ziemskiego. Rakiety (które, nie wiedzieć czemu, także noszą nazwę Sojuz) przygotowuje się do wystrzelenia w hali do montażu i badań usytuowanej naprzeciwko hangarów, nazywanej „stanowiskiem 112”. Giennadij, Misza i ja przechodzimy przez ulicę, mijamy zgromadzonych rosyjskich dziennikarzy, wchodzimy do tego ogromnego budynku i stajemy w kolejnym przepastnym pomieszczeniu, tym razem oglądamy naszą rakietę. Stalowoszara, leży na boku. W odróżnieniu od promu kosmicznego czy jego olbrzymiego poprzednika, statku Apollo/Saturn, zestaw statek kosmiczny i rakieta Sojuz montowany jest w pozycji poziomej i w tym położeniu przetaczany na płytę wyrzutni. Dopiero gdy tam dotrze na parę dni przed startem, zostanie ustawiony w pionie, w kierunku celu podróży. To jeszcze jeden przykład tego, jak odmiennie Rosjanie i Amerykanie robią różne rzeczy. W tym wypadku procedura jest mniej ceremonialna niż sposób transportu stosowany przez NASA, gdy ustawione pionowo rakiety nośne wytacza się dostojnie i majestatycznie na olbrzymim transporterze gąsienicowym.

Mająca pięćdziesiąt metrów długości rakieta Sojuz-FG jest zdecydowanie mniejsza niż prom kosmiczny, ale to i tak onieśmielający swoim rozmiarem kolos wielkości budynku, który – mamy nadzieję – odleci z Ziemi z nami na jego szczycie z prędkością dwudziestopięciokrotnie większą od prędkości dźwięku. Jej szara blacha ozdobiona prymitywnymi nitami wygląda brzydko, lecz jakoś podnosi na duchu swoją praktycznością. Sojuz-FG jest wnukiem Sowieta R-7, pierwszego na świecie międzykontynentalnego pocisku balistycznego. R-7 został zaprojektowany podczas zimnej wojny do przenoszenia głowic jądrowych na cele w Stanach Zjednoczonych i pamiętam, że jako dziecko zdawałem sobie sprawę, że Nowy Jork oraz moje przedmieście West Orange w stanie New Jersey z pewnością znajdą się wśród pierwszych celów przeznaczonych do całkowitego zniszczenia w sowieckim ataku. Dzisiaj stoję w środku ich niegdyś tajnego obiektu i omawiam z dwoma Rosjanami plany powierzenia sobie nawzajem własnego życia podczas lotu w kosmos na tym przerobionym na rakietę nośną pocisku.

Wszyscy trzej służyliśmy w wojsku, zanim wybrano nas do lotów w kosmos, i chociaż nigdy o tym nie rozmawiamy, wiemy, że mogliśmy otrzymać rozkaz walki na śmierć i życie. Teraz bierzemy udział w największym projekcie współpracy międzynarodowej w dziejach świata. Zawsze zwracam na to uwagę, gdy ludzie pytają, czy ta stacja kosmiczna warta jest ponoszonych wydatków. Ile jest wart widok dawnych zaciekłych wrogów przerabiających swoją broń na środek transportu potrzebny do badań i dążenia do zdobycia wiedzy naukowej? Ile jest wart widok dawnych wrogich państw zmieniających swoich żołnierzy w kolegów z załogi i przyjaciół na całe życie? Nie sposób tego określić w dolarach, ale dla mnie to jedna z rzeczy, które czynią to przedsięwzięcie wartym tych pieniędzy, a nawet narażania naszego życia.

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna sięga swoim początkiem roku 1984, kiedy prezydent Reagan ogłosił w orędziu o stanie państwa, że NASA projektuje stację kosmiczną Freedom, która ma zostać umieszczona na orbicie okołoziemskiej w ciągu dziesięciu lat. Opór Kongresu doprowadził do wieloletnich cięć w wydatkach oraz rekonfiguracji i perspektywa budowy Freedom była równie odległa, gdy w 1993 roku prezydent Clinton oznajmił, że stacja zostanie scalona ze stacją Mir-2, którą zamierzała zbudować Rosyjska Federalna Agencja Kosmiczna. Wraz z agencjami kosmicznymi reprezentującymi Europę, Japonię i Kanadę międzynarodowa koalicja objęła piętnaście krajów. Wyniesienie elementów składowych stacji na orbitę wymagało ponad stu lotów, a zmontowanie ich – ponad stu spacerów w przestrzeni kosmicznej. ISS stanowi niezwykłe osiągnięcie techniki i współpracy międzynarodowej. Jest zamieszkiwana nieprzerwanie od 2 listopada 2000 roku; innymi słowy – od czasu gdy wszyscy ludzie naraz znajdowali się na Ziemi, minęło ponad czternaście lat. To zdecydowanie najdłużej zamieszkiwana budowla w przestrzeni kosmicznej i dotychczas odwiedziło ją ponad dwieście osób z szesnastu państw. A także największe w historii przedsięwzięcie międzynarodowe czasu pokoju.

Ostatniego ranka na Ziemi budzę się około siódmej. Spędzam go, przeglądając wszystkie swoje torby – jedna ma czekać na mój powrót w Kazachstanie, inne mają być odesłane do Houston. Kryteria kwatermistrzowskie są dziwne: co chcę mieć przy sobie, kiedy wyląduję? Czego będę potrzebował dopiero później? Czy na pewno zapisałem numery karty kredytowej i numery kont banku oraz dostawców energii i wody? Wystarczająco trudne jest załatwianie tego rodzaju spraw na Ziemi, ale muszę być przygotowany, żeby uniknąć zaległości w spłacie kredytu hipotecznego i kupić Amiko i dziewczętom prezenty, będąc w kosmosie.

Moje ostatnie ziemskie śniadanie to bajkonurska próba stworzenia potrawy kuchni amerykańskiej: jajka z nieściętym białkiem (ponieważ nigdy nie zdołałem sprawić, żeby kazachski kucharz zrozumiał termin „bardziej niż średnio wysmażone”), grzanki oraz „kiełbaski śniadaniowe” (w rzeczywistości podgrzane w kuchence mikrofalowej parówki). Przygotowania w dniu startu, podobnie jak wiele spraw dotyczących lotu w kosmos, trwają o wiele dłużej, niż można by sądzić. Najpierw odbywam ostatnią wycieczkę do bani, żeby się odprężyć, po czym odprawiam rytuał przedstartowej lewatywy – początkowo nasze jelita przestają w kosmosie pracować, więc Rosjanie zachęcają nas, byśmy je zawczasu opróżnili. Rosyjscy kosmonauci zlecają swoim lekarzom wykonanie tego zabiegu przy użyciu ciepłej wody i gumowego węża, ja jednak wybieram apteczny zestaw i robię to na osobności, co pozwala mi zachować nieskrępowaną przyjaźń z moim lekarzem. Rozkoszuję się kąpielą w wannie z jacuzzi, a potem drzemką (nasz start jest przewidziany o 1:42 czasu miejscowego). Kiedy się budzę, bez szczególnego pośpiechu biorę prysznic. Wiem, jak bardzo będzie mi brakowało kontaktu z wodą przez najbliższy rok.

Po niedługim czasie, kiedy wychodzę spod prysznica, zjawia się rosyjski lekarz misji, którego nazywamy „Doktorem Nie”. Nosi takie miano, ponieważ decyduje, czy nasze rodziny mogą nas zobaczyć w trakcie kwarantanny. Jego decyzje są arbitralne, czasem małoduszne, i nieodwołalne. Zjawił się, żeby wytrzeć całe nasze ciała gazikami nasączonymi alkoholem. Za tym alkoholowym obmywaniem kryła się pierwotnie chęć zabicia zarazków próbujących się zabrać z kosmicznymi wędrowcami, obecnie jednak wydaje się, że to tylko kolejny rytuał. Po wzniesionym szampanem toaście z udziałem wyższej kadry kierowniczej i innych ważnych osób, jak nakazuje przed długą podróżą rosyjska tradycja, siedzimy przez minutę w milczeniu. Gdy opuszczamy budynek, rosyjski pop błogosławi nas i skrapia nam twarze święconą wodą. Od czasów Jurija Gagarina przechodzili przez to wszyscy kosmonauci, więc my również przez to przejdziemy. Nie jestem człowiekiem religijnym, ale zawsze powtarzam, że gdy szykujesz się do wystrzelenia w kosmos, błogosławieństwo nie może zaszkodzić.

Odbywamy ceremonialny przemarsz obok dziennikarzy przy dźwiękach tradycyjnej rosyjskiej piosenki Trawa u doma traktującej o kosmonautach tęskniących za domem, która brzmi niczym dzieło sowieckiej orkiestry dętej grającej podczas karnawału:

I nie śni nam się huk kosmodromu

Ani ten lodowaty ciemny błękit,

Marzymy za to o trawie przed domem…

O trawie, trawie zielonej.

Wsiadamy do autobusu, który zawiezie nas do budynku, gdzie mamy włożyć skafandry. W chwili gdy zamykają się za nami drzwi, sznur powstrzymujący dotąd zebrany tłum zostaje przecięty i wszyscy rzucają się naprzód. Robi się zamieszanie i początkowo nie mogę dostrzec członków mojej rodziny, potem jednak zauważam ich w pierwszym rzędzie – Amiko, Samanthę, Charlotte i Marka. Ktoś podnosi moją jedenastoletnią córkę, Charlotte może więc przyłożyć dłoń do okna, a ja przykładam do niej swoją, starając się przybrać radosną minę. Moja córka się uśmiecha, jej okrągła blada buzia promienieje. Jeżeli się smuci, że przez rok mnie nie zobaczy, jeżeli boi się myśli, że opuszczę Ziemię na kadłubie ledwie kontrolowanego pocisku, jeżeli jest świadoma wielu różnych niebezpieczeństw, z którymi się zetknę, zanim za rok będę mógł ją znowu przytulić, to nie pokazuje tego po sobie. Po chwili znowu stoi na asfalcie i razem z pozostałymi macha ręką. Widzę uśmiechającą się Amiko, chociaż dostrzegam też łzy w jej oczach. Widzę Samanthę, która ma dwadzieścia lat. Jej szeroki uśmiech zdradza obawę o to, co ma nastąpić. Po chwili kierowca autobusu z głośnym sykiem zwalnia hamulec i ruszamy.

Siedzę na tandetnej skórzanej kanapie, czekając na moment włożenia skafandra, w Budynku 254, trzydzieści minut jazdy z Pałacu Saddama. Płaski ekran w kącie pokoju pokazuje jakiś głupawy program rosyjskiej telewizji, na który żaden z nas nie zwraca uwagi. Wyłożono jedzenie – kurczak na zimno, pierogi z mięsem, sok i herbata – i choć sam nie wybrałbym tego na swój ostatni przez rok ziemski posiłek, posilam się nieco.

Najpierw to Giennadij zostaje wezwany do sąsiedniego pokoju, żeby się rozebrać, założyć pieluchę, elektrody rejestrujące pracę serca oraz świeże białe kalesony i podkoszulek (mające wchłaniać pot i chronić nas przed kontaktem z gumą skafandra). Gdy Giennadij wraca, po pieluchę wchodzi Misza. Potem kolej na mnie. Ilekroć to robię, śmieję się w duchu, że nie przypuszczałem, że będę nosił pieluchę w tak mało zaawansowanym wieku. Pora teraz przywdziać skafandry Sokoł. Pomagają nam w tym rosyjscy specjaliści w białych fartuchach i maskach chirurgicznych. Z dużą wprawą zamykają otwory w naszych skafandrach przy użyciu osobliwych gumowych opasek.

Wchodzimy we trójkę do kolejnego, przedzielonego szybą pokoju. Po drugiej stronie szyby siedzą w rzędach nasze rodziny, kierownicy z rosyjskiej agencji kosmicznej (Roskosmosu), szefowie NASA oraz przedstawiciele mediów. Wiem, że najbliższej analogii powinienem szukać w konferencjach prasowych NASA, ale ta chwila zawsze sprawia, że czuję się jak małpa w zoo.

Natychmiast dostrzegam w pierwszym rzędzie foteli Amiko, Marka i moje córki. Amiko i dziewczyny są tutaj od kilku dni, ale Mark właśnie przyjechał. Wszyscy uśmiechają się do mnie i machają. Nie pierwszy raz się cieszę, że jest z nimi mój brat. Sam będąc doświadczonym astronautą i osobą, która zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, może im pomóc zrozumieć, co się będzie działo, i w razie potrzeby lepiej niż ktokolwiek je uspokoić.

Amiko uśmiecha się radośnie i pokazuje mi wisiorek, który zrobiłem dla niej przed wyjazdem z Houston, srebrną wersję naklejki upamiętniającej moją roczną misję w kosmosie. Samantha i Charlotte też noszą srebrne wisiorki. Drugą wersję wisiorków, ze złota wysadzanego szafirami, przywiozę, żeby im je dać, kiedy już wrócę. Uśmiech Amiko jest szczery i radosny, ponieważ jednak świetnie ją znam, wiem, że jest zmęczona nie tylko za sprawą zmiany stref czasowych, ale również wskutek stresu. Już po raz drugi przechodzi ze mną przez proces przygotowania do długiej misji, więc wie, czego się spodziewać, chociaż nie jestem pewien, czy to ułatwia sytuację. Ona także pracuje dla NASA, w biurze spraw publicznych, wie zatem lepiej od partnerek większości astronautów, co mi grozi podczas tej misji. W pewnych przypadkach ta wiedza będzie podnosić na duchu, ale najczęściej – także dzisiaj – jej niedostatek byłby mniej stresujący.

Amiko przez długi czas była moją znajomą. Współpracowała blisko z moim bratem przy jednym projekcie, obracała się też w kręgu przyjaciółek mojej byłej żony Leslie. Na początku 2009 roku ja i Amiko równocześnie wystąpiliśmy o rozwód, nie wiedząc o tym nawzajem, i wiele miesięcy później przypadkiem wpadliśmy na siebie kilka razy. Amiko pamięta, jak któregoś z tych wieczorów zrobiło na niej wrażenie to, że wprawdzie żartobliwie przyznałem, że jest atrakcyjna, ale zrezygnowałem z szansy na wspólną gorącą kąpiel w towarzystwie paru innych osób, żeby iść wcześnie spać z uwagi na poranne szkolenie. Kilka tygodni później zobaczyłem się z nią znowu na jakimś przyjęciu i tym razem rzeczywiście wylądowaliśmy w wannie z gorącą wodą. Przegadaliśmy cały wieczór i znowu zaimponowałem jej tym, że nie zalecałem się do niej. Każdy, kto widział Amiko, wie, że musi sobie radzić ze sporym zainteresowaniem ze stronny mężczyzn, i przypuszczalnie wyróżniałem się na ich tle tym, że starałem się ją poznać jako człowieka. Nie jestem jednak kompletnym idiotą – tamtego wieczoru dopilnowałem, żeby mi dała swój numer telefonu.

Zawsze mnie ciekawi, jak ludzie trafiają do swojej profesji, zwłaszcza gdy, jak Amiko, wydają się szczególnie dobrymi fachowcami. Sprawiła na mnie wrażenie innej niż wiele osób, które pracują dla biura spraw publicznych NASA i niekiedy podchodzą zachowawczo do nowych pomysłów, broniąc się przed zmianami. Zapytałem ją, jak doszła do swojego stanowiska, i chociaż przedstawiła mi tylko drobny fragment historii swojej kariery zawodowej, opowieść była dość frapująca. W wieku piętnastu lat została wyrzucona z domu, tak jak stała, za to, że stanęła w obronie maltretowanej matki, trzy lata później wyszła za mąż i jako dwudziestotrzyletnia matka dwójki dzieci dostała pracę sekretarki w NASA. Od momentu zatrudnienia zaczęła się starać o przyjęcie do programu edukacyjnego dla ambitnych pracowników, w ramach którego agencja płaci tym obiecującym, żeby uczęszczali na kursy w college’u. Gdy Amiko została wybrana, zaczęła zdobywać maksimum możliwych do uzyskania w każdym semestrze punktów za zaliczenia i egzaminy, pracując w pełnym wymiarze czasu i wychowując dwóch małych synów. Zdobyła dyplom z łączności z doskonałą średnią ocen i wszystkimi możliwymi wyróżnieniami przyznawanymi na studiach licencjackich. O tym, że jest mądra i zdolna, wiedziałem już wcześniej, ale im więcej się dowiadywałem o jej życiu, tym bardziej mi imponowała. Jej synowie, wówczas uczący się w szkole średniej, dobrze sobie radzili, a ona dalej stawiała przed sobą nowe wyzwania. Większość ludzi nie pokonałaby przeszkód, przed którymi stanęła, lecz ona dzięki inteligencji, charakterowi i szalonej determinacji urządziła sobie życie, o jakim marzyła. Wiedziałem, że nie zmieni tego życia na zawołanie dla żadnego mężczyzny, nawet dla astronauty roztaczającego przed nią cały swój czar.

Tamtej jesieni zaczęliśmy się spotykać i gdy w październiku 2010 roku leciałem w kosmos, sprawy między nami zaszły już daleko. Była to moja pierwsza długa misja na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i jej pierwsza jako opuszczonej partnerki. Dla naszego związku ta sytuacja stanowiła niezwykłe wyzwanie. Oboje z zaskoczeniem stwierdziliśmy, że ta separacja tylko nas do siebie zbliżyła. Mogłem polegać na niej jako mojej partnerce na Ziemi i cieszyliśmy się, mogąc poświęcić sobie godzinę niepodzielnej uwagi dziennie podczas rozmowy przez telefon. Wróciłem bardziej niż kiedykolwiek przekonany, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Wiem, że niektórzy nasi przyjaciele zastanawiają się, dlaczego się nie pobraliśmy – jesteśmy razem pięć i pół roku i przez większość tego czasu mieszkaliśmy razem. Gdy trzeba, wspieram jej synów, a ona zawsze pomaga moim córkom. Jesteśmy sobie oddani jak małżonkowie, ale ponieważ oboje byliśmy już w związkach małżeńskich i żadne z nas nie jest szczególnym tradycjonalistą, nie bardzo widzimy w tym sens. W mediach często nazywa się Amiko moją „długoletnią partnerką” i obojgu nam wydaje się to właściwym określeniem.

Obok Amiko siedzi Samantha. Kiedy pojawiła się w Bajkonurze, byłem zaskoczony jej nowym wyglądem, długimi lokami zafarbowanymi na czarno, ciemnoczerwoną szminką, grubymi kreskami na powiekach zrobionymi czarną kredką i całkowicie czarnym ubraniem. Od czasu rozwodu z jej matką moje relacje z Samanthą nie były łatwe i pod wieloma względami wciąż neutralizujemy jego przykre następstwa. Miała piętnaście lat, szczególnie trudny wiek na poradzenie sobie z tego rodzaju wstrząsem, gdy wbrew moim życzeniom Leslie przeprowadziła się z dziewczynkami do Virginia Beach. Samantha obwinia mnie o rozwód i wiele problemów, które wystąpiły od tego czasu. Kiedy patrzę na nią dzisiaj przez szybę, na błyski w jej mocno umalowanych oczach, wciąż widzę ją taką, jak wyglądała, kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy w 1994 roku na oddziale położniczym szpitala w bazie lotniczej marynarki wojennej Patuxent River, gdzie byłem pilotem oblatywaczem. Leslie przeżyła długi i trudny poród, i w końcu Samantha przyszła na świat w wyniku przeprowadzonego w trybie nagłym cesarskiego cięcia. Kiedy zobaczyłem jej maleńką różową buzię z jednym zamkniętym okiem, poczułem niewiarygodną potrzebę chronienia jej. Chociaż obecnie jest dorosła, nadal pragnę ją chronić.

Charlotte urodziła się, gdy Samantha miała niemal dziewięć lat, i ta różnica wieku sprawiła, że łatwo im się było dogadywać. Samantha chyba się cieszy, że ma uwielbiającą ją pomocnicę, a Charlotte może jeździć wszędzie tam, gdzie starsza siostra skłonna jest ją zabrać – z Bajkonurem włącznie. Narodziny Charlotte były jeszcze trudniejsze; pamiętam, że stałem w sali operacyjnej i słyszałem, jak lekarz zgłasza przypadek nagły. Kiedy wreszcie wydobyli małą z łona matki, była bezwładna i nie reagowała na bodźce. Wciąż pamiętam widok jej maleńkiej, sinej i nieruchomej ręki zwisającej z rozcięcia. Lekarze ostrzegali, że może mieć porażenie mózgowe, ale wyrosła na zdrową, bystrą, silną i wielkoduszną osobę. Zdaję sobie sprawę, że musi dzisiaj doświadczać skrajnych emocji, ale siedząc obok siostry i odgarniając jasnobrązową grzywkę z oczu, żeby się do mnie uśmiechnąć, wygląda na szczęśliwą i spokojną. Czuję się wdzięczny, że moje córki mogą liczyć na to, że Amiko doda im otuchy i da przykład, jak sobie radzić ze stresami obecnego tygodnia.

Dostrzegam także Spanky’ego – Mike’a Fincke’a, przyjaciela i kolegę ze szkolenia astronautycznego – który był odpowiedzialny za pomoc mojej rodzinie podczas kwarantanny. Między kolejnymi misjami astronautom mogą być przydzielane najrozmaitsze prozaiczne obowiązki i Spanky, który sam był na ISS i prawdopodobnie tam wróci, fantastycznie zaopiekował się moją rodziną – odpowiadając na pytania, spełniając specjalne życzenia oraz informując NASA o życzeniach moich bliskich, ilekroć było to możliwe. Spanky wykonywał dla mnie tę pracę po raz drugi.

Po naszej stronie szyby znajduje się atrapa fotela z Sojuza i teraz kładziemy się w niej kolejno, Giennadij, Misza i ja. Technicy sprawdzają szczelność naszych skafandrów. Leżę tam przez piętnaście minut w hełmie i z kolanami przy piersi, w obecności wypełniających pokój częściowo nieznanych mi ludzi, którzy grzecznie się temu przyglądają. Nigdy nie miałem pewności, czemu musimy to robić przed publicznością – kolejny rytuał. Potem siadamy na krzesłach ustawionych w rzędzie przed szybą, aby używając mikrofonów, odbyć ostatnią rozmowę z naszymi rodzinami.

Tego, co pragniemy powiedzieć swoim bliskim, zanim być może zginiemy w kuli ognia nad Kazachstanem, nie chcielibyśmy mówić w momencie, gdy zebrani na sali dziennikarze z wielu krajów słuchają i notują każde nasze słowo. Sytuacja jest tym bardziej niezręczna, że wszyscy korzystamy z jednego systemu nagłośnienia, każda rodzina musi więc czekać na swoją kolej, aby uniknąć przekrzykiwania się nawzajem. Mimo to nie chciałbym, żeby moje córki zapamiętały mnie rzucającego kilka zwięzłych słów do mikrofonu, próbuję więc iść na kompromis, mówiąc mało, lecz starając się przekazać wiele na inne sposoby. Ponieważ sądzę, że proste gesty potrafią wiele wyrazić, ruchem palca posyłam Amiko i dziewczętom znak, że „mam na nie oko”. Ten gest sprawia, że się uśmiechają.

Gdy kończymy ów rytuał i wychodzimy z budynku, jest ciemno i mroźnie. Wkraczamy na parking oślepieni przez reflektory, otoczeni z dwóch stron przez stojących w szeregu dziennikarzy i widzów, których ledwie możemy dostrzec. Nasze skafandry są zaprojektowane do siedzenia w pozycji embrionalnej podczas startu w Sojuzie, nie do chodzenia, więc drepczemy niczym zgarbione pingwiny, z trudem zachowując powagę. Niczym astronauci ze starego materiału filmowego NASA o locie Apollo dźwigamy na sobie wentylatory chłodzące, które wdmuchują powietrze do naszych skafandrów. Wszyscy nosimy po dwie pary cienkich białych rękawic, które mają zapobiec zawleczeniu przez nas zarazków w kosmos (taka przynajmniej przyświeca temu myśl). Górną warstwę zdejmiemy tuż przed wejściem do kapsuły Sojuza.

Silnik autobusu, który ma nas zawieźć na płytę wyrzutni rakietowej, pracuje na jałowym biegu, a reflektory wyławiają z ciemności kłęby spalin. Podchodzimy we trójkę do trzech niewielkich białych kwadratów, które namalowano na asfalcie, opatrzonych opisem naszych funkcji na pokładzie Sojuza: dowódcy dla Giennadija, inżyniera lotu dla Miszy, drugiego inżyniera lotu dla mnie. Stajemy w swoich kwadracikach i czekamy, aż szef rosyjskiej agencji kosmicznej zapyta każdego z nas po kolei, czy jesteśmy gotowi do lotu. Przypomina to trochę ślub, tyle że ilekroć pada to pytanie, zamiast powiedzieć „przysięgam”, mówisz: „Jesteśmy gotowi do lotu”. Jestem pewien, że amerykańskie rytuały wydałyby się Rosjanom równie nieziemskie: przed lotem na pokładzie promu kosmicznego zakładano nam pomarańczowe skafandry do startu i lądowania, ustawiano nas wokół stołu w Przedstartowym Centrum Operacyjnym, po czym rozgrywaliśmy bardzo specyficzną odmianę lowballa. Nie moglibyśmy wyjść na płytę wyrzutni, dopóki dowódca nie przegrał jednego rozdania (z najlepszymi kartami w ręce), wyczerpując porcję pecha na ten dzień. Nikt dokładnie nie pamięta, skąd się wzięła ta tradycja. Przypuszczalnie któraś załoga zrobiła to pierwsza i wróciła żywa, więc wszyscy inni też musieli to robić.

Wsiadamy do autobusu – załoga podstawowa, nasi lekarze, kierownicy Centrum Szkolenia Kosmonautów imienia Gagarina oraz kilku techników odpowiedzialnych za przygotowanie skafandrów. Siedzimy od strony wszystkich reflektorów i krzyczących ludzi. Po raz ostatni dostrzegam swoją rodzinę, macham im na pożegnanie. Autobus powoli rusza i nikną mi z oczu.

Ruch pojazdu wprawia nas w refleksyjny trans. Po pewnym czasie autobus zwalnia i zatrzymuje się w dość sporej odległości od płyty wyrzutni. Dajemy sobie nawzajem znak skinieniem głowy i zajmujemy pozycje. Wszyscy pozdejmowaliśmy gumowe opaski uszczelniające otwory w skafandrach, których szczelność w tak staranny sposób publicznie sprawdzono zaledwie godzinę temu. Ustawiam się przed prawym tylnym kołem autobusu i sięgam do skafandra. Tak naprawdę nie muszę sikać, ale tak nakazuje tradycja: kiedy Jurij Gagarin był w drodze na płytę wyrzutni przed swoim historycznym pierwszym lotem w kosmos, poprosił, żeby się zatrzymano – mniej więcej w tym miejscu – i obsikał tylne prawe koło autobusu. Po czym poleciał w kosmos i wrócił żywy. Teraz więc wszyscy musimy zrobić to samo. Tradycji tej przestrzega się tak powszechnie, że lecące w kosmos kobiety przywożą butelkę z moczem bądź wodą, żeby chlusnąć nią na koło, zamiast ściągać z siebie skafander.

Po należytym dopełnieniu obrzędu wsiadamy z powrotem do autobusu i pokonujemy ostatni odcinek naszej podróży. Kilka minut później kierowca jeszcze raz się zatrzymuje, żeby przepuścić pociąg, który właśnie dostarczył paliwo do naszej rakiety. Drzwi autobusu się otwierają i pojawia się w nich niespodziewany gość: mój brat.

To naruszenie zasad kwarantanny: mój brat, który jeszcze wczoraj podróżował ze Stanów Zjednoczonych przez Moskwę do Bajkonuru na pokładzie kilku samolotów, gdzie roiło się od drobnoustrojów, może przenosić zarazki najrozmaitszych okropnych chorób. Doktor Niet przez cały tydzień odmawiał, a teraz nagle widzi mojego brata i się zgadza. Rosjanie narzucają kwarantannę żelazną ręką, po czym pozwalają Markowi złamać jej zasady przez sentyment; tworzą rytuał szczelnego zamykania skafandrów, a potem pozwalają nam je rozszczelnić, żebyśmy mogli nasikać na koło autobusu. Czasami ich niekonsekwencja doprowadza mnie do szału, lecz ten gest, pozwalający mi znowu zobaczyć brata w najmniej spodziewanym momencie, znaczy dla mnie ogromnie dużo. Jadąc razem przez parę minut do płyty wyrzutni, zamieniamy ze sobą niewiele słów. Oto my, dwaj chłopcy z robotniczego New Jersey, którzy jakoś dotarli tak daleko od domu.

2

W moich najwcześniejszych wspomnieniach zachował się obraz ciepłych letnich wieczorów, kiedy moja matka próbowała ułożyć nas do snu w naszym domu przy Mitchell Street w West Orange w stanie New Jersey. Na zewnątrz wciąż było jasno, a przez otwarte okna wraz z odgłosami sąsiedztwa – krzykami starszych dzieci, głuchymi uderzeniami piłek do kosza o nawierzchnię podjazdów, szelestem liści na wietrze wysoko w koronach drzew, odległym warkotem pojazdów – napływała woń kapryfolium. Pamiętam wrażenie zwiewnego dryfowania między latem a snem.

Ja i Mark urodziliśmy się w 1964 roku. Wszyscy członkowie naszej wielopokoleniowej rodziny ze strony ojca, ciotki, stryjkowie i kuzyni, mieszkali w naszym kwartale. Miasto było przedzielone wzgórzem. Ci zamożniejsi mieszkali „na wzgórzu”, a my „w dole wzgórza”, chociaż dopiero później dowiedzieliśmy się, co to znaczy pod względem społeczno-ekonomicznym. Pamiętam, że raz gdy byliśmy mali, może dwuletni, obudziliśmy się wcześnie rano. Rodzice spali, byliśmy więc zdani na siebie. Ponieważ nam się nudziło, doszliśmy do tego, jak otworzyć drzwi od tyłu, i wyszliśmy z domu, dwa smyki wędrujące po okolicy. Dotarliśmy na stację benzynową, gdzie bawiliśmy się w smarze, dopóki nie znalazł nas właściciel. Wiedział, gdzie mieszkamy, i nie budząc rodziców, odstawił nas z powrotem do domu. Kiedy matka wreszcie wstała i zeszła na parter, była zdumiona widokiem smaru na naszych ciałach i ubraniach. Później właściciel stacji przyszedł i wyjaśnił, co się stało.

Gdy chodziliśmy do przedszkola, pewnego popołudnia matka pochyliła się, żeby nam powiedzieć, że ma dla nas odpowiedzialne zadanie. Trzymała przed sobą białą kopertę, jakby to była specjalna nagroda. Wyjaśniła, że ponieważ przechodzenie na drugą stronę w połowie długości ulicy nie jest bezpieczne – mógłby nas potrącić samochód – mamy dojść na róg, tam przeciąć ulicę, przejść z powrotem w tym kierunku, nadać list, a następnie wrócić tą samą trasą do domu. Zapewniliśmy ją, że zrozumieliśmy instrukcję. Dotarliśmy do skrzyżowania, spojrzeliśmy w lewo i w prawo i przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Ruszyliśmy z powrotem w kierunku naszego domu, trzymając się tej strony jezdni, po której stała skrzynka na listy, Mark podsadził mnie, żebym pociągnął w dół za ciężki niebieski uchwyt, i dumnie umieściłem list w skrzynce. Potem zaczęliśmy się zastanawiać nad podróżą powrotną.

– Nie wrócę aż do skrzyżowania – oznajmił Mark. – Zamierzam przejść przez jezdnię dokładnie w tym miejscu.

– Mama powiedziała, że powinniśmy przejść na rogu – przypomniałem mu. – Tutaj potrąci cię samochód.

Mark podjął już jednak decyzję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *