Wyspa Ostatniej Nadziei

Tytuł: Wyspa Ostatniej Nadziei  
Autor: Lynne Olson
Wydanie: pierwsze
ISBN: 978-83-111-5176-5
Tytuł oryginalny: Last hope island
Liczba stron: 544
Wydawnictwo: Bellona
Format: 17.1×24.3
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Początek II wojny światowej. Londyn, „wyspa ostatniej nadziei”, jest schronieniem dla rządów i sił zbrojnych sześciu okupowanych przez Hitlera państw: Belgii, Holandii, Luksemburga, Norwegii, Czechosłowacji i Polski. Dostać się do Wielkiej Brytanii to jak „dostać się do nieba”.
„Oszałamiająca saga o ucieczkach w ostatniej chwili, szpiegostwie i ruchu oporu w czasie II wojny światowej –Wyspa ostatniej nadziei Olson ocala od zapomnienia opowieści o zbiorowisku bohaterskich ludzi z sześciu krajów okupowanych przez Hitlera, którzy znaleźli schronienie w Londynie Churchilla i starali się na wszelki sposób odpłacić najeźdźcom. W fascynujący sposób Olson udowadnia, że »nie zna piekło straszliwszej furii niż wściekłość wzgardzonych małych państw«”.
Erik Larson, autor książek Tragedia Lusitaniii W ogrodzie bestii
LYNNE OLSON – WSPÓŁAUTORKA BESTSELLERA SPRAWA HONORU O POLSKIM DYWIZJONIE 303. ANGLICY, POLACY I INNI. BRATERSTWO, KTÓRE ODWRÓCIŁO LOSY WOJNY.

Kup Najtaniej Tutaj:

Fragment książki:

Wstęp

Przez większą część swoich długich i legendarnych dziejów Wielka Brytania starała się, jak mogła, aby trzymać się z dala od Europy i jej zawiłości. W połowie XIX wieku premier Benjamin Disraeli oświadczył, że jego kraj ze swoim ogólnoświatowym imperium i panowaniem na morzu „przerósł kontynent europejski”[1]. Przez niemal wiek od wypowiedzi Disraelego Brytyjczycy postrzegali kontynentalną Europę – i obcokrajowców razem wziętych – jedynie jako źródło kłopotów. Jak stwierdził korespondent CBS Edward R. Murrow, Brytyjczycy „krzepili się szczególną cichą arogancją – przekonaniem, że są lepsi od innych ludzi”[2].

W latach trzydziestych Brytyjczycy trzymali się spokojnie na uboczu, w czasie gdy Hitler dochodził do władzy i rozpoczynał podbój Europy. Aby zachować pokój – swój własny pokój – zrobili niewiele albo nie zrobili nic, aby zapobiec opanowywaniu kolejnych krajów przez Niemcy. W przypadku Czechosłowacji wręcz aktywnie współpracowali w jej zagarnięciu. Gdy premier Neville Chamberlain mówił o tym kraju we wrześniu 1938 roku, wyraził uczucia wielu swoich rodaków, narzekając: „Jak straszliwe, fantastyczne i niewiarygodne jest to, że powinniśmy kopać transzeje i przymierzać maski przeciwgazowe z powodu sporu w odległym kraju pomiędzy ludźmi, o których nic nie wiemy”[3].

A potem, w pełnych chaosu dniach maja i czerwca 1940 roku mieszkańcy Londynu przeżyli szok, kiedy nagle okazało się, że znajdują się w faktycznej stolicy Europy. Wydawało się, że każdego dnia król Jerzy VI i Winston Churchill, następca Chamberlaina, musieli przybywać na londyński dworzec kolejowy, aby powitać kolejnego króla, prezydenta, premiera lub kolejną królową, których kraje zostały brutalnie zagrabione w czasie błyskawicznego podboju Europy przez hitlerowców. W niecały miesiąc brytyjska stolica stała się schronieniem dla rządów i sił zbrojnych sześciu europejskich krajów zawojowanych przez Hitlera: Czechosłowacji, Polski, Norwegii, Holandii, Belgii i Luksemburga. Udał się tam także samozwańczy przedstawiciel Wolnej Francji – generał Charles de Gaulle.

Większość emigracyjnych przywódców początkowo nie chciała porzucać swoich krajów, gdyż odwzajemniała uczucia żywione przez Wielką Brytanię w stosunku do ich państw. Byli przerażeni jej wcześniejszą odmową stawienia czoła Hitlerowi i przyjścia z pomocą ich krajom. Ale jaki mieli inny wybór? Wielka Brytania, w ostatniej chwili pobudzona do działania przez nowego premiera, stała się jedynym krajem w Europie nadal stawiającym opór Niemcom. Tylko tam sprzymierzone rządy mogły połączyć siły i kontynuować walkę.

Churchill serdecznie witał Europejczyków, ignorując sprzeciwy członków własnego gabinetu i dużej części całego rządu brytyjskiego. Jego gościnność, choć niewątpliwie szczera, była także silnie motywowana interesami jego własnego kraju. Po upadku Francji i większości Europy Hitler zwrócił wzrok na Wielką Brytanię, której przyszłość rysowała się obecnie niemal katastrofalnie. Jej mieszkańcy mogli spodziewać się wkrótce pełnego furii uderzenia niemieckiej potęgi. Musieli wobec tego polegać na tak pogardzanych dotąd obcokrajowcach – swoich pierwszych sojusznikach – aby ci pomogli im przetrwać czekającą ich rozpaczliwą walkę.

* * *

Kiedy mój mąż Stan Cloud i ja badaliśmy wczesne lata drugiej wojny światowej w czasie przygotowywania naszej pierwszej książki Chłopcy Murrowa, przypadkiem obejrzeliśmy stary film o bitwie o Anglię, a w nim fragment o dywizjonie polskich pilotów. Aż do tamtej pory nie mieliśmy pojęcia, że w tej heroicznej walce uczestniczyli jacyś inni lotnicy oprócz brytyjskich, i chcieliśmy się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Wtedy właśnie przekonaliśmy się, że dziesiątki Polaków nie tylko brały udział, ale w istocie odegrały zasadniczą rolę w wygraniu tej bitwy. Uznaliśmy, że ich historia, nieznana większości Amerykanów, zasługuje na zrelacjonowanie. Ale kiedy sięgnęliśmy głębiej, zdaliśmy sobie sprawę, że znaczenie polskiego wkładu w zwycięstwo Sprzymierzonych to o wiele więcej niż tylko wyczyny polskich pilotów. Polacy i ich wojenne przeżycia stały się tematem naszej drugiej książki Sprawa honoru.

W czasie następnych dziesięciu lat napisałam trzy kolejne książki o drugiej wojnie światowej i wszystkie dotyczyły różnych aspektów walki Wielkiej Brytanii w początkowym okresie konfliktu. Wiele uwagi zwracałam na niezwykłe przywództwo Winstona Churchilla i odwagę, jaką w czasie wojny odznaczali się zwykli Brytyjczycy. Zajmowałam się także relacjami Wielkiej Brytanii z jej dwoma największymi ówczesnymi sojusznikami.

Badając te problemy, dokonałam kolejnego odkrycia: Polska nie była jedynym krajem okupowanej Europy, który współuczestniczył w alianckiej sprawie. W istocie większość podbitych narodów, których rządy znalazły się w Londynie, także udzielała pomocy. Dzięki niej w mrocznych latach 1940–1941 zapewne Wielka Brytania ocalała przed klęską, a później, w następnym okresie wojny, pomoc ta miała ogromny wkład w ostateczne zwycięstwo Sprzymierzonych.

Dlaczego więc ich współudział został tak niedoceniony przez historyków, którzy zazwyczaj przedstawiają tę wygraną jako wyłączny sukces Amerykanów, Brytyjczyków i Sowietów? Tak się złożyło, że większą część odpowiedzialności za to przeoczenie ponosi Winston Churchill. W początkowym okresie wojny stworzył obraz dzielnej małej Anglii przeciwstawiającej się samotnie największej machinie wojennej w dziejach świata. Nieustannie propagował tę koncepcję przez cały czas trwania konfliktu, a na koniec oznajmił narodowi brytyjskiemu w Dniu Zwycięstwa w Europie: „Gdy powalona została waleczna Francja, my z tej wyspy i z naszego zjednoczonego imperium walczyliśmy samotnie do chwili, kiedy dołączyły do nas potęga wojskowa Rosji Sowieckiej, a później przemożna moc i zasoby Stanów Zjednoczonych”[4]. Mówiąc to, Churchill przemilczał fakt, że okupowane kraje za pośrednictwem swoich rządów emigracyjnych z siedzibą w Londynie także wciąż prowadziły wojnę. Bez ich pomocy Wielka Brytania mogłaby przegrać bitwę o Anglię i bitwę o Atlantyk, a tym samym nigdy nie złamałaby piekielnie skomplikowanych niemieckich szyfrów Enigmy. Wszystkie te sprawy były istotne dla przetrwania Wielkiej Brytanii.

W samym centrum tej różnorodnej, niezwykle ludzkiej opowieści znajduje się mnóstwo barwnych postaci, poczynając od monarchów i naukowców, a kończąc na szpiegach i dywersantach. Niektóre z tych postaci są znane, jak na przykład de Gaulle. Większość jednak nie. Bohaterski król Norwegii Haakon VII i zadziorna królowa holenderska Wilhelmina to dwoje ważnych bohaterów tej książki. Podobnie jak hrabia Suffolk, zawadiacki brytyjski arystokrata, który uratował z Francji dwóch fizyków jądrowych. Ci zaś w późniejszym okresie przyczynili się do powodzenia projektu Manhattan. Wśród innych odgrywających ważne role znajduje się Marian Rejewski, polski kryptograf, który złamał szyfr Enigmy, na długo zanim w rozwiązanie problemu zaangażowali się Alan Turing i Bletchley Park, a także Andrée de Jongh, przystojna, bezkompromisowa Belgijka, której siatka ucieczkowa pomogła setkom zestrzelonych lotników brytyjskich i amerykańskich wydostać się z terytorium wroga i odzyskać wolność.

Książka ta przedstawia szczegółowe relacje o wojennych wyczynach tych i innych Europejczyków, ale opisuje także, jak wiele okupowana Europa otrzymała w zamian od Wielkiej Brytanii. Dla zniewolonej Europy sam fakt, że wciąż stawia ona opór Hitlerowi, był promieniem nadziei, talizmanem chroniącym przed rozpaczą. Dopóki trwała wojna, Europejczycy odprawiali ważne nocne rytuały. Wydobywali z różnych kryjówek – spod podłogi, zza weków z przetworami w kuchennej spiżarni, z kominów – zakazane przez Niemców aparaty radiowe. A potem w różnej scenerii właściciele aparatów włączali je i nastawiali na BBC, aby w pewnym momencie usłyszeć dźwięk Big Bena i magiczne słowa: „Tu mówi Londyn”. W czasie wojny i po niej Europejczycy nazywali te ukradkowe chwile słuchania wiadomości BBC ich jedynym kontaktem z wolnością. Francuz, który uciekł do Londynu w późniejszym okresie wojny, wspominał: „Nie sposób wytłumaczyć, jak bardzo byliśmy uzależnieni od BBC. Na początku było ono wszystkim”[5].

Dla młodego holenderskiego studenta prawa nadzieja przybrała kształt dwóch spitfire’ów przemykających na początku wojny nad plażą w okolicy Hagi. Patrzył z zachwytem na samoloty błyskające w słońcu kokardami RAF-u. „Okupacja spadła na nas z tak miażdżącą nieodwołalnością – napisał później – że Anglia, podobnie jak wolność, stała się jedynie wyobrażeniem. Wiara, że jest czymś rzeczywistym, kawałkiem lądu, gdzie wolni ludzie powstrzymali nazistowski przypływ, wymagała jakiegoś konkretnego świadectwa, znaku od Boga: Anglia istnieje!”[6]. Niecały rok później uciekł do Wielkiej Brytanii i sam został pilotem RAF-u.

Kolejny uciekinier, belgijski dziennikarz, który zdołał zbiec z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, przybył do Londynu „pijany ze szczęścia”. „Wiesz, że od miesięcy marzyłem o tej chwili? – zawołał do swojego brytyjskiego przyjaciela. – Czyż to nie cudowne, znaleźć się tutaj! Dlatego miliony ludzi na całym kontynencie myślą o takiej właśnie chwili w Londynie!”[7]. Młody polski bojownik podziemia podzielił te uczucia, mówiąc: „Znaleźć się w Londynie – to jakby trafić do nieba”[8]. Polscy piloci, którzy w czasie wojny latali w RAF-ie, nazywali Wielką Brytanię „Wyspą Ostatniej Nadziei”.

* * *

Ale przy całej pomocy i wsparciu, jakich udzielali sobie nawzajem Brytyjczycy i Europejczycy, ich relacje były bardzo często burzliwe, najeżone konfliktami i nieporozumieniami. Zebrani razem w straszliwych czasach, w wyjątkowo stresujących okolicznościach borykali się z konfliktami kulturowymi i problemami językowymi nawet wówczas, gdy próbowali stawić czoło nadciągającej niemieckiej machinie wojskowej. Wielu europejskich emigrantów uważało Brytyjczyków za ludzi aroganckich i niewrażliwych, którzy niewiele wiedzą o świecie poza ich wyspą i nie potrafią zrozumieć bezlitosnej niemieckiej okupacji kontynentu. Natomiast Brytyjczyków irytowały nieustanne waśnie, rywalizacje i żądania cudzoziemców napływających do ich kraju.

Mimo to jednak, kiedy wojna osiągnęła punkt kulminacyjny, większość z nich zdołała odłożyć na bok różnice i współpracować, aby osiągnąć wspólny cel – pokonać Hitlera. Pod koniec konfliktu brytyjski generał lotnictwa dał wyraz powszechnym uczuciom, kiedy powiedział o europejskich pilotach latających pod jego dowództwem: „Razem stworzyliśmy bratni związek”.

Podobne poczucie braterstwa powstało także pomiędzy samymi Europejczykami. „Bez względu na nasze różnorodne pochodzenie i niepewną przyszłość staliśmy ramię przy ramieniu – powiedział holenderski agent wywiadu o spotkanych w Londynie Polakach, Francuzach, Norwegach, Belgach i Czechach. – Poza holenderską społecznością, z którą wcześniej identyfikowałem się tak żarliwie, powstał szerszy bratni krąg, który przyjął mnie z otwartymi ramionami”[9].

W miarę trwania wojny członkowie różnych europejskich rządów emigracyjnych również stworzyli ścisłe więzi zarówno urzędowe, jak i osobiste. Koszmar porażki i okupacji przekonał ich do tego, że jeżeli Europa chce osiągnąć w przyszłości jakieś wpływy, siłę i bezpieczeństwo, po wojnie ich narody muszą się sprzymierzyć. Ich współpraca w Londynie utworzyła podstawy kampanii, której celem było zjednoczenie Europy – niezwykłego wysiłku, który pomógł zapewnić Europie Zachodniej ponad pół wieku pokoju i dobrobytu.

Dwaj sojusznicy z Europy Środkowej – Polska i Czechosłowacja – nie mieli tyle szczęścia. Kiedy w 1941 roku Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone włączyły się do wojny, solidarność Brytanii i okupowanej Europy ustąpiła wymogom realpolitik. Józef Stalin był zdecydowany zdobyć po wojnie kontrolę nad Polską i Czechosłowacją, a Franklin D. Roosevelt i dręczony poczuciem winy Churchill ostatecznie przystali na jego żądania. Dla tych krajów druga wojna światowa w rzeczywistości miała się skończyć dopiero wtedy, kiedy ponad czterdzieści lat później w Europie Środkowej rozpadły się komunizm i Związek Sowiecki.

W tym samym czasie po wojnie Wielka Brytania powróciła do tradycyjnego dystansu do Europy i nie zechciała uczestniczyć w ruchu na rzecz jej zjednoczenia. Chociaż w 1973 roku ostatecznie przystąpiła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii Europejskiej), zrobiła to niechętnie. Równie kapryśnie traktowała swoje późniejsze członkostwo w UE. Sprawa osiągnęła punkt krytyczny w czerwcu 2016 roku, kiedy w ogólnonarodowym referendum większość Brytyjczyków opowiedziała się za wystąpieniem z Unii.

Szok i gorycz wynikające z tego wyboru i nieuchronnie zbliżającego się rozwodu Wielkiej Brytanii z Europą wyraźnie kontrastują z determinacją i nadzieją okazywaną w najważniejszych latach wojny, kiedy Wielka Brytania połączyła siły z Europą, aby pomóc w pokonaniu najpotężniejszych sił wojskowych w historii. Dla francuskiej dziennikarki Ewy Curie, córki noblistów Marii i Piotra Curie, a także emigrantki, wielkość wojennej Brytanii ucieleśniali Churchill i Europejczycy, którzy przyłączyli się doń w Londynie: „Wszyscy ci szaleni, nieuzbrojeni bohaterowie przeciwstawiający się triumfującemu Hitlerowi”[10].

Przypisy

1  J. Paxman, The English: A Portrait of a People, Overlook Press, Woodstock NY 2000, s. 32.

2 Rękopis Murrowa, Murrow Papers, Tufts University (niedatowany).

3  „Time”, 28 września 1938.

4  M. Gilbert, The Road to Victory, 1941–1945, t. 7, Houghton Mifflin, Boston 1986, s. 1344.

5  T. Lean, Voices in the Darkness: The Story of the European Radio War, Secker & Warburg, London 1943, s. 149.

6  E. Hazelhoff Roelfzema, Soldier of Orange, Sphere, London 1982, s. 38.

7  R. Henrey, The Incredible City, J.M Dent & Sons, London 1944, s. 2.

8  M. Lisiewicz i in. (red.), Destiny Can Wait: The Polish Air Force in the Second World War, Battery Press, Nashville 1949, s. 343.

9  E. Hazelhoff Roelfzema, In the Pursuit of Life, Stroud, Sutton Gloucestershire UK 2003, s. 110.

10  E. Curie, Journey Among Warriors, Doubleday, Garden City NY 1943, s. 481.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„WASZA KRÓLEWSKA WYSOKOŚĆ, JESTEŚMY W STANIE WOJNY!”  Hitler najeżdża Norwegię

W 1940 roku, chłodną kwietniową nocą, najważniejsi członkowie norweskiego rządu zostali zaproszeni do Ambasady Niemieckiej w Oslo na pokaz nowego filmu. W ozdobnych drukowanych zaproszeniach wysłanych przez niemieckiego posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Curta Bräuera polecano gościom przybyć w „stroju galowym i przy orderach”[1], co wskazywało na uroczystą i oficjalną okazję. Ale dla błyszczącej odznaczeniami widowni w białych muchach wieczór bynajmniej nie okazał się świąteczny.

Od samego początku na ekranie pojawiły się straszliwe obrazy: martwe konie, cywile ostrzeliwani z karabinów maszynowych, miasta ogarnięte ogniem. Film pod tytułem Feuertaufe (Chrzest bojowy) był dokumentem przedstawiającym podbój Polski we wrześniu 1939 roku i szczególnie drastycznie pokazywał zniszczenia spowodowane bombardowaniami Warszawy. Tego właśnie, wyjaśnił po projekcji Bräuer, mogą oczekiwać inne kraje, jeżeli ośmielą się sprzeciwić niemieckim staraniom, „aby obronić je przed Anglią”[2]. Przerażeni koszmarnym filmem goście Bräuera zastanawiali się, dlaczego niemiecki dyplomata uznał za konieczne pokazać film właśnie im. Jaki on mógł mieć związek z pokojową, neutralną Norwegią?

Cztery dni później, tuż po północy, tych samych oficjeli obudziły pilne telefony z informacjami, że do fiordu prowadzącego do Oslo weszło kilka okrętów nieznanej przynależności państwowej. Mgła spowijająca fiord uniemożliwiała identyfikację narodowości widmowej armady. Po kilku minutach tę zagadkę rozwiązały jednak napływające masowo do norweskich urzędów meldunki o niespodziewanych niemieckich atakach na każdy duży port w Norwegii i Danii.

Na pokładzie niemieckiego ciężkiego krążownika „Blücher” generał Erwin Engelbrecht, dowodzący siłami uderzeniowymi, które kierowały się na Oslo, ponownie omówił z podwładnymi otrzymane rozkazy. Za kilka zaledwie godzin ponad tysiąc żołnierzy wyposażonych w szczegółowe mapy i zdjęcia norweskiej stolicy miało zejść z „Blüchera” w porcie w Oslo. Ich zadaniem było wślizgnąć się do uśpionego miasta i zdobyć budynki rządowe, państwową rozgłośnię radiową i pałac królewski. Do południa mieli zostać aresztowani król Haakon, następca tronu książę Olaf i reszta rodziny królewskiej, a rząd norweski powinien znaleźć się pod niemiecką kontrolą. Orkiestra, która także przypłynęła na „Blücherze”, odegrałaby następnie w centrum miasta Deutschland, Deutschland über Alles, aby w ten sposób uczcić niemiecki triumf, a w tym samym czasie niemieccy urzędnicy wojskowi przejęliby administrację kraju i dwa najważniejsze elementy majątku narodowego – flotę handlową i złoto.

Kiedy norweski patrolowiec dostrzegł flotyllę i miał czelność rzucić jej wyzwanie, został ostrzelany z broni maszynowej i zatopiony. Dalej, w głębi fiordu umieszczone na wyspach dwa niewielkie forty ostrzeżone przez patrolowiec otworzyły ogień, ale gęsta mgła uniemożliwiła dokładne celowanie i okręty przepłynęły obok nietknięte. Na krótko przed czwartą rano konwój podszedł do Twierdzy Oscarsborg, zbudowanej w połowie XIX wieku na wyspach Kahlomen – ostatniej linii obrony Oslo. Dowódca „Blüchera” nie przejął się widokiem twierdzy, podobnie jak natrętnym patrolowcem. Na jego mapach Oscarsborg był określony jako muzeum, a jego dwa leciwe działa uznano za przestarzałe.

Jednak w obu przypadkach mapy się myliły. Twierdza była zdolna do działania, podobnie jak stare armaty nazwane czule przez ich obsługę „Mojżesz” i „Aaron”. Mgła uniosła się nieco i gdy w polu widzenia pojawiły się zaciemnione sylwetki okrętów, znajdujący się na lądzie stałym reflektor nagle oświetlił „Blüchera”. „Mojżesz” i „Aaron” otworzyły ogień na wprost i ich pociski uderzyły w ciężki krążownik o wyporności 12 tysięcy ton. Jeden trafił w pomost „Blüchera”, niszcząc przyrządy nawigacyjne i kierowania ogniem, drugi – w magazyn z paliwem lotniczym. Baterie nabrzeżne także otworzyły ogień i odpaliły dwie celne torpedy. Po kilku chwilach krążownik płonął, a w powietrze strzelały języki ognia, rozpraszając mgłę i oświetlając zaśnieżone brzegi fiordu.

Z potężnym hukiem eksplodował okrętowy magazyn torped i niecałą godzinę później „Blücher” oddany do służby przed zaledwie siedmioma miesiącami przewrócił się na burtę i zatonął. Razem z nim poszło na dno niemal tysiąc ludzi, w tym większa część elitarnych żołnierzy wyznaczonych do schwytania rodziny królewskiej i członków rządu. Generał Engelbrecht był jednym z kilkuset ocalonych, którzy uniknęli płonącej ropy rozlewającej się po powierzchni fiordu i dopłynęli do brzegu. Przez cały dzień 9 kwietnia 1940 roku zuchwała, precyzyjnie zaplanowana napaść Hitlera na Danię i Norwegię przebiegała niemal dokładnie według harmonogramu. Wczesnym popołudniem praktycznie wszystkie wyznaczone przez Führera cele na wybrzeżu Norwegii liczącym 1500 mil (2400 km) zostały opanowane – wszystkie z wyjątkiem Oslo, politycznego, gospodarczego i komunikacyjnego centrum Norwegii i klucza do ostatecznego sukcesu operacyjnego.

* * *

Dziewiątego kwietnia o 1.30 w nocy adiutant obudził człowieka zajmującego pierwsze miejsce na niemieckiej liście najbardziej poszukiwanych Norwegów. „Wasza Królewska Wysokość – powiedział natarczywie – jesteśmy w stanie wojny!”[3]. Wiadomość nie była zaskoczeniem dla króla Haakona VII. Spodziewał się jej i obawiał od lat. W 1932 roku powiedział brytyjskiemu admirałowi sir Johnowi Kelly’emu: „Jeżeli Hitler dojdzie do władzy w Niemczech i zdoła ją utrzymać, zanim kolejne dziesięciolecie dobiegnie końca, będziemy mieli wojnę w Europie”[4].

Hitler doszedł do władzy, ale przywódcy polityczni Norwegii ignorowali wielokrotne apele króla o to, aby wzmocnić skandalicznie słabą obronę kraju. Podobnie jak inne kraje skandynawskie, Norwegowie dawno już pożegnali się z dziedzictwem wojowniczych wikingów. W ich psychice głęboko zakorzeniły się pokój, a nie wojna. Norwegowie nie podziwiali wojskowych bohaterów, których zresztą ich kraj posiadał niewielu. O wiele bardziej ceniono laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, wybieranych corocznie przez norweski parlament. „Było bardzo trudno być wojskowym w przedwojennej Norwegii”[5] – stwierdził jeden z niewielu oficerów wojsk lądowych znajdujących się w służbie czynnej w kwietniu 1940 roku.

Pod koniec lat trzydziestych pełnomorska marynarka wojenna kraju miała zaledwie siedemdziesiąt okrętów. Dwa największe były najstarszymi pancernikami na świecie, czule nazywane przez szefa sztabu marynarki wojennej „moimi starymi baliami”[6]. Mikroskopijna armia norweska uzbrojona była w zabytkowe karabiny i armaty, nie miała ani pistoletów maszynowych, ani artylerii przeciwlotniczej. Kawalerię miano jakoby wyposażyć w czołgi, ale pieniądze przydzielone przez rząd okazały się tak mikroskopijne, że zakupiono tylko jeden czołg, „aby norwescy żołnierze mogli chociaż raz w życiu zobaczyć, jak wygląda”[7]. Manewrów nie przeprowadzano od lat – zostały zlikwidowane w ramach oszczędności – a wielu dowódców brygad nigdy nawet nie spotkało się ze swoimi ludźmi.

Bezbronność Norwegii nie spędzała jednak snu z powiek jej rządowi. Kraj żył w pokoju przez ponad wiek, pomyślnie zachował neutralność w czasie pierwszej wojny światowej, i miał zamiar zrobić to samo w przyszłości. Jego przywódcy uważali, że pieniądze powinny być wydawane na reformy społeczne, a nie rozbudowę wojska. Zdaniem większości Norwegów „wojna była czymś, co zdarza się w innych częściach świata – napisała Sigrid Undset, norweska powieściopisarka, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 1928 roku. – Ilu z nas poważnie wierzyło, że coś takiego może się zdarzyć w Norwegii”[8].

Sześćdziesięciosiedmioletni król, który uważnie przyglądał się działalności Hitlera, a na początku lat trzydziestych nawet przeczytał Mein Kampf, był o wiele mniej optymistycznie nastawiony. Gdyby wybuchła wojna, jego miłujące pokój północne królestwo, choć bezbronne pod względem wojskowym, zyskałoby ogromne znaczenie strategiczne. Z leżącą na zachodzie Wielką Brytanią zapewniało wyjście na Atlantyk Północny. Na południu miało dostęp do Bałtyku i niemieckiego wybrzeża. Poza tym, co było nie mniej istotne, kontrolowało północno-zachodni szlak morski, którym przewożono rudę żelaza ze Szwecji do Niemiec, jej głównego odbiorcy. Poza tym istniała kursująca po całym świecie norweska marynarka handlowa, bezcenny łup dla Hitlera i każdej innej walczącej strony.

Gdy król Haakon zwrócił uwagę na te i inne sprawy, przywódcy rządu zlekceważyli je – i jego samego. Większość norweskich oficjeli gardziła monarchą, traktując go jak bezużyteczny relikt minionych wieków, i uważała, iż nie powinien mieć żadnego wpływu na działalność rządu. Wielu też było zdania, że monarchia w ogóle nie powinna istnieć. I chociaż Haakon bardzo kochał Norwegię, niekiedy miał wrażenie, że jest tu kimś niepożądanym, przynajmniej w kręgach rządowych. Dość często czuł się jak cudzoziemiec, którym kiedyś był.

* * *

Zanim Haakon VII, drugi syn następcy tronu Danii, został królem Norwegii, właściwie nie postawił stopy w tym kraju. Nauczył się norweskiego, dopiero kiedy miał trzydzieści trzy lata, na krótko przed rozpoczęciem panowania. Znany jako książę Karol Duński był skromnym, bezpretensjonalnym młodym członkiem rodziny królewskiej, który dorastał, wierząc, że nigdy nie będzie królem jakiegokolwiek kraju, i był za to głęboko wdzięczny losowi. Podobno jego matka naciskała go, aby ożenił się z młodą królową Wilhelminą z Holandii, ale bronił się przed tym rękami i nogami, nie chcąc mieć nic wspólnego z pompą i ceremonialnością oficjalnego życia dworskiego. Zamiast tego uwielbiał z wzajemnością kuzynkę Maud, ubóstwiającą sporty córkę króla Zjednoczonego Królestwa Edwarda VII, która podobnie jak on pragnęła spokojnego życia z dala od rozgłosu i świateł reflektorów‹1›. W chwili zawarcia małżeństwa Karol, który miał na przedramieniu wytatuowaną kotwicę, był oficerem duńskiej marynarki wojennej i zamierzał poświęcić jej swoje życie zawodowe.

Jednak przeprowadzone w 1905 roku referendum, które przyniosło Norwegii pełną secesję od Szwecji, wywróciło do góry nogami życie marynarza. Trwająca od wieku unia personalna pomiędzy dwoma krajami nigdy nie była równoprawna. Od samego początku Szwecja, której królowie władali obydwoma narodami, była dominującym partnerem, i ten stan rzeczy wywoływał w Norwegii coraz większą niechęć. Aby zmniejszyć opór silnej szwedzkiej opozycji wobec tego pokojowego buntu, norwescy przywódcy oświadczyli, że chętnie uznają za nowego władcę swojego państwa młodszego członka szwedzkiej rodziny królewskiej. Książę Karol, którego dziadkiem po kądzieli był król Szwecji i Norwegii, stał się oczywistym wyborem.

Sam książę był jednak zszokowany tym pomysłem. Nie tylko chciał pozostać w duńskiej marynarce wojennej, lecz także nie wiedział praktycznie nic o Norwegii i jej mieszkańcach. Doskonale zdawał sobie także sprawę z tego, że wielu obywateli Norwegii, która w XIX wieku usunęła ze swojego życia społecznego pojęcie arystokracji jako klasy, było zwolennikami republiki, a nie monarchii. Pod silną presją między innymi teścia Edwarda VII w końcu wyraził zgodę, stawiając jednak warunek, aby przeprowadzono w Norwegii referendum w tej sprawie; 88 procent elektoratu zagłosowało za monarchią i Karol został koronowany. Przyjął imię Haakon, które nosili średniowieczni królowie Norwegii, zaś jego żona, Angielka do szpiku kości, odmówiła zmiany imienia i aż do śmierci w 1938 roku była znana jako królowa Maud. Nadal zwracała się do męża Charles, czyli zanglizowaną wersją imienia Karl. „Tak naprawdę zamierzam zmienić go całkowicie w Anglika”[9] – wyznała w dzienniku na początku ich zalotów.

Z Haakonem na tronie Norwegia stała się najbardziej egalitarnym królestwem na świecie. Sir Frederick Ponsonby, doradca ojca królowej Maud, stwierdził kiedyś, że Norwegia „jest tak socjalistyczna, że król i królowa wydają się czymś niestosownym”[10]. Po złożonej wizycie w Oslo w 1911 roku Theodore Roosevelt napisał do znajomego, że wprowadzenie rodziny królewskiej do najbardziej demokratycznego społeczeństwa w Europie sprawiało wrażenie, jakby „Vermont bezceremonialnie spróbował przeprowadzić eksperyment z posiadaniem króla”[11].

Król Norwegii Haakon VII (po lewej) i następca tronu, książę Olaf

Haakon, który często mówił, że jest „bardzo demokratycznym dożywotnim prezydentem”, znany był w narodzie jako „Heere Konge”[12] (pan król) bardziej niż „Jego Królewska Wysokość”. Rodzina monarsza żyła zwyczajnie i królowa Maud często sama robiła zakupy. W czasie licznych podróży po kraju i za granicą Haakon wywierał ogromne wrażenie na spotykanych ludziach życzliwością i kpiarskim poczuciem humoru. Pewnego razu w czasie spotkania brytyjskiej rodziny królewskiej w Windsorze zauważył on samotnie stojącego w kącie, zakłopotanego, młodziutkiego dalekiego kuzyna, lorda Fredericka Cambridge’a. Podszedł do niego i energicznie uścisnął dłoń młodego pana. „Nie znasz mnie jeszcze – powiedział. – Pozwól, że ci się przedstawię. Jestem starą Norwegią”[13].

Choć był blisko związany z brytyjskimi krewnymi i bardzo kochał ich kraj, był przerażony, że rząd premiera Neville’a Chamberlaina nie zechciał stawić czoła Hitlerowi pomimo jego ciągłych agresywnych poczynań w latach trzydziestych. Po wybuchu drugiej wojny światowej we wrześniu 1939 roku Norwegia, podobnie jak inne neutralne kraje europejskie, wyraźnie stwierdziła, że nie chce żadnego wojskowego sojuszu z krajem, który wspólnie z Francją oddał Hitlerowi większą część Czechosłowacji, a kiedy po napaści Niemiec na Polskę Wielka Brytania wprawdzie wypowiedziała wojnę Trzeciej Rzeszy, to nie zrobiła jednak nic, by pomóc Polakom. Haakon napisał wówczas ostro do swojego siostrzeńca, brytyjskiego króla Jerzego VI: „Wszystkie małe kraje zdają sobie obecnie sprawę, że w przyszłości muszą same troszczyć się o siebie”[14].

Aż do wiosny 1940 roku wojna była konfliktem zbrojnym jedynie nominalnie. Chamberlain i większość członków jego rządu nie byli nią zainteresowani i nie zamierzali się w nią włączać. Wprowadzili blokadę ekonomiczną Niemiec i można było odnieść wrażenie, iż uważają, że wystarczy to, aby rzucić Hitlera na kolana.

Winston Churchill, pierwszy lord admiralicji i jedyny wojowniczo nastrojony członek gabinetu Chamberlaina, zdecydowanie sprzeciwiał się realizowanej przez premiera strategii „dziwnej wojny”. Od pierwszego dnia domagał się, aby Wielka Brytania podjęła działania ofensywne przeciwko Trzeciej Rzeszy – ale nie na niemieckiej ziemi. Starcie, jak twierdził, powinno nastąpić na wodach Norwegii. Raz za razem nakłaniał rząd brytyjski, aby powstrzymał odbywające się wzdłuż norweskiego wybrzeża przewozy szwedzkiej rudy żelaza, niezbędnej dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Kiedy Norwegia i Szwecja zaprotestowały przeciwko tym planom, ich niechęć do tego, by stać się polem bitwy walczących mocarstw, rozwścieczyła Churchilla. „Walczymy, aby przywrócić rządy prawa i chronić wolność małych krajów – oświadczył na posiedzeniu gabinetu wojennego (była to teza, którą Polska i Czechosłowacja mogły uznać za trudną do przełknięcia). – Małe państwa nie mogą wiązać nam rąk, kiedy walczymy o ich prawa i swobodę. […] Naszą ideą przewodnią musi być interes ludzkości, a nie legalność”[15].

Po kilkumiesięcznym wahaniu Chamberlain ostatecznie poddał się naciskom Churchilla. O świcie 8 kwietnia 1940 roku brytyjskie okręty zaczęły stawiać miny wzdłuż norweskiego wybrzeża. Hitler, który tydzień wcześniej zapowiedział, że nie dopuści do jakichkolwiek brytyjskich działań wobec Norwegii, wydał polecenie naczelnemu dowództwu, aby następnego dnia wprowadziło w życie starannie opracowane plany ataku z zaskoczenia na Norwegię oraz Danię i zajęcia obu krajów.

Pod wieloma względami niemieckie uderzenie z lądu, morza i powietrza na dwa skandynawskie kraje było błyskotliwym sukcesem. Jeszcze przed jego rozpoczęciem Hitler zarządził, że „za wszelką cenę”[16] należy uniemożliwić ucieczkę królom Norwegii i Danii. W Kopenhadze Niemcy bez problemu znaleźli sześćdziesięciodziewięcioletniego brata Haakona, króla Danii – Christiana X, który skapitulował zgodnie z rozkazem. Ale zła pogoda i zatopienie „Blühera” zakłóciły wyliczony co do ułamka sekundy atak na Oslo. Kiedy po południu niemieckie wojska w końcu wkroczyły do pałacu królewskiego, budynków rządowych i Banku Norwegii, znalazły w nich tylko przerażonych urzędników niższego szczebla i sterty papierów płonących w piecach i kominkach. Skarbiec banku stał pusty, a sztabek złota w nim nie było. Również król i przywódcy rządu zniknęli bez śladu.

* * *

Mieszkańcy Oslo obudzili się rankiem 9 kwietnia, aby się przekonać, że ich świat, jeszcze wczoraj tak uporządkowany, jest pogrążony w chaosie. Chociaż Niemcy nie wkroczyli wówczas do miasta, bombowce Luftwaffe krążyły po niebie, a z oddali dobiegały stłumione eksplozje bomb. W niebo wzbijały się kolumny gęstego, czarnego dymu płonących dokumentów państwowych. Piękne Oslo, jego zielone parki, wzgórza i lasy, jak nigdy dotąd stały otworem dla wrogów.

Kilka godzin wcześniej, gdy „Blücher” w mroku prześwitu szedł w kierunku Oslo, niemiecki poseł nadzwyczajny Curt Bräuer przedstawił norweskiemu ministrowi spraw zagranicznych Halvdanowi Kohtowi żądanie kapitulacji Norwegii, podkreślając, „jak całkowicie bezsensowny byłby jakikolwiek opór”[17]. Koht, choć oszołomiony nagłym atakiem, zachował dość zimnej krwi, żeby przypomnieć Bräuerowi uwagi, jakie Hitler poczynił na temat kapitulacji Czechosłowacji po Monachium – że „naród, który pokornie ustąpił napastnikowi, nie stawiając oporu, nie był wart, by żyć”[18]. A potem odrzucił niemieckie żądanie.

Przed dołączeniem do króla i innych urzędników państwowych w pociągu specjalnym, który rankiem wywiózł ich niepostrzeżenie ze stolicy, Koht powiedział dziennikarzowi radiowemu, że Norwegia jest w stanie wojny z Niemcami, król i rząd uniknęli schwytania i – co było nieprawdą – że weszła w życie powszechna mobilizacja. W odpowiedzi na to oświadczenie nadane na cały kraj tysiące młodych mężczyzn z walizkami w rękach skierowało się do najbliższych komisji wojskowych tylko po to, aby dowiedzieć się, że wszystko było pomyłką. „Rezerwiści i ochotnicy opuszczali punkty werbunkowe we łzach, po tym jak usłyszeli, że nie ma dla nich broni”[19] – wspominał brytyjski dyplomata. W stolicy Norwegii oszołomione tłumy zbierały się przed tablicami z wywieszanymi informacjami prasowymi, wymieniając obawy i plotki.

Niektórzy mieszkańcy Oslo jednak mieli już wszystkie niezbędne informacje: Niemcy nadchodzą, więc oni muszą uciec ze stolicy przed przybyciem najeźdźców. Sigrid Undset pospiesznie spakowała kilka walizek i wyjechała. Pięćdziesięciosiedmioletnia powieściopisarka od początku lat trzydziestych była zdecydowanym i otwarcie wygłaszającym opinie krytykiem Hitlera, a jej książki zostały zakazane w Niemczech po objęciu rządów przez Führera.

Młodemu niemieckiemu emigrantowi Willy’emu Brandtowi też groziło niebezpieczeństwo. Dwudziestosześcioletni Brandt walczył na ulicach z nazistami, zanim jeszcze doszli oni do władzy, i w konsekwencji został pozbawiony niemieckiego obywatelstwa, a przed siedmioma laty znalazł azyl w Norwegii. Po ukończeniu studiów na uniwersytecie w Oslo został dziennikarzem i blisko związał się z czołowymi osobistościami z rządzącej w Norwegii Partii Pracy (Det norske Arbeiderparti). Był również poważnie zaangażowany w pracę z niemieckimi grupami emigracyjnymi, usiłującymi pobudzić w ojczyźnie opozycję antyhitlerowską. Wczesnym rankiem obudził go telefon – musi jak najszybciej wydostać się z miasta. Po kilku minutach, jak napisał później, „znowu uciekał”[20] – został przewieziony pospiesznie do kryjówki na przedmieściach Oslo, dokąd zabrało go kilku czołowych norweskich polityków i wywiozło w bezpieczne miejsce. Brandta, jednego z najwybitniejszych powojennych kanclerzy Niemiec, ostatecznie przeszmuglowano do neutralnej Szwecji. Spędził tam wojnę, pracując jako dziennikarz propagujący „sprawę wolnej Norwegii”[21].

* * *

W tym czasie król Haakon i kierownictwo rządu dotarli do Hamar, miasta położonego 80 mil (128 km) na północ od Oslo. Gdy wczesnym rankiem ich pociąg opuszczał stolicę niedaleko portu w Oslo, przed zbudowanym z czarnego granitu gmachem Banku Norwegii stała na jałowym biegu długa kolumna ciężarówek, czekająca, aby załadowano na nie setki skrzynek i baryłek zawierających fundament norweskiej gospodarki: pięćdziesiąt ton złota w sztabach o wartości ogólnej 55 milionów dolarów (915 milionów dolarów w chwili obecnej). Dyrektor banku, o wiele bardziej dalekowzroczny od polityków, już wiele miesięcy wcześniej zaplanował na wypadek ataku ewakuację rezerw złota do tajnego, odpornego na bomby skarbca znajdującego się w mieście Lillehammer, 114 mil (182 km) na północ od Oslo.

W Hamar parlament norweski natychmiast rozpoczął sesję w sali miejscowego kina, natomiast setki innych ludzi – urzędników państwowych, biznesmenów, dziennikarzy i zagranicznych dyplomatów – wypełniło miasto, zajmując wszystkie pokoje hotelowe i tłocząc się na ulicach pokrytych rozmokniętym śniegiem. Ministrowie wykupili w Hamar wszystkie zapasy papieru i ołówki, aby prowadzić sprawy rządowe, a urzędnicy zaczęli rozpakowywać przywiezione z Oslo skrzynie z dokumentami. „Mam wrażenie, że wszyscy podświadomie oczekiwaliśmy, iż ulokujemy się tu wygodnie – wspominała Florence «Daisy» Harriman, dawniej ozdoba nowojorskiego towarzystwa, a potem reformatorka społeczna, mianowana przez prezydenta Franklina D. Roosevelta ministrem pełnomocnym Stanów Zjednoczonych w Norwegii. – Wciąż nie byliśmy przygotowani na to, aby wyobrazić sobie, że na króla i rząd można będzie polować jak na dzikie zwierzęta”[22].

W połowie wieczoru kruche poczucie bezpieczeństwa się rozsypało, gdy przewodniczący parlamentu Carl Hambro przerwał debatę, aby oznajmić, że niemieckie wojska kierują się na Hamar, a na stacji czeka pociąg, aby zabrać z miasta króla i rząd. Oficjele złapali płaszcze i kapelusze, po czym pobiegli do drzwi. Dziesięć minut później pociąg ruszył, kierując się do Elverum położonego wyżej w górach i bliżej do granicy ze Szwecją.

Dla większości wyczerpanych wysokich urzędników państwowych koszmarny pierwszy dzień wojny ostatecznie dobiegł końca w Elverum. Jedynie król, jego rodzina i kilku najważniejszych ministrów ruszyli dalej do zasypanej śniegiem maleńkiej wioski Nybergsund, gdzie – jak sądzono – nie zagrożą im niemieckie bomby. Stamtąd następca tronu książę Olaf wysłał żonę, księżniczkę Märthę, i trójkę ich dzieci do ojczyzny księżniczki – Szwecji.

Następnego dnia Haakon zgodził się spotkać w Elverum z Curtem Bräuerem. Stosując zarówno pochlebstwa, jak i groźby, niemiecki dyplomata obiecał królowi, że jeżeli przyjmie przedstawione mu żądania, będzie mógł zachować związane z jego stanowiskiem zaszczyty i przywileje, a wtedy Norwegia uniknie dalszych zniszczeń. W przeciwnym razie wszelki opór zostanie bezlitośnie zmiażdżony. Żądania, oświadczył Bräuer, dotyczą nie tylko kapitulacji, lecz także mianowania nowym premierem Norwegii Vidkuna Quislinga, pięćdziesięciodwuletniego przywódcy maleńkiej norweskiej partii nazistowskiej „Narodowa Jedność” (Nasjonal Samling – N.S.).

Haakona zdziwiła i oburzyła sama myśl, że Quisling stanąłby na czele rządu norweskiego. Partia Quislinga, która w żadnych wyborach nie zdobyła ponad dwa procent głosów, była uważana w Norwegii za farsę, zbiorowisko, według określenia Sigrid Undset, „rozhisteryzowanych półmężczyzn”[23]. Głosem pełnym wściekłości król oświadczył Bräuerowi, że „nie mógłby powołać rządu, który nie byłby darzony zaufaniem przez naród norweski, wybory zaś kilkakrotnie udowodniły, że Quisling się nim nie cieszy”[24].

Król tej samej nocy wrócił do Nybergsund i poinformował syna oraz ministrów o żądaniach Bräuera. Uciekający od ponad dwudziestu czterech godzin, nieogoleni, wyglądający niechlujnie mężczyźni byli wyczerpani fizycznie i psychicznie. Kilku ciężko przestraszonych niemieckimi próbami schwytania ich i zniechęconych ewidentnie beznadziejną sytuacją Norwegii uważało, iż rząd powinien ustąpić i bezzwłocznie negocjować pokój. Argumentowali, że kraj jest całkowicie nieprzygotowany do walki z Niemcami i próba oporu będzie popełnieniem ogólnonarodowego samobójstwa. Zwrócili uwagę, że Wielka Brytania przesłała wiadomość, że jej wojska przybędą Norwegii z pomocą najszybciej, jak będzie to możliwe. Po tym, co stało się z Czechosłowacją i Polską, jak ktokolwiek o zdrowych zmysłach mógłby zaufać brytyjskim obietnicom? Rząd musi skapitulować natychmiast.

Wysoki, wyprostowany Haakon doskonale zdawał sobie sprawę, że jego ministrowie w przeszłości niezbyt zwracali uwagę na jego rady i zalecenia. Tym razem jednak na szali znajdowała się przyszłość jego przybranej ojczyzny i był zdecydowany postąpić zgodnie z sumieniem i otwarcie postawić sprawę. „Rząd ma prawo podjąć decyzję – powiedział drżącym głosem – ale jasno przedstawię swoje stanowisko: nie mogę przyjąć niemieckich żądań. Byłoby to sprzeczne ze wszystkim, co od czasu przybycia do Norwegii niemal trzydzieści lat temu uważałem za swój obowiązek jako króla”[25]. Jeżeli rząd postanowi inaczej, król abdykuje i zrzeknie się norweskiego tronu w imieniu swoim i całej rodziny.

„Ta chwila została wyryta w mojej pamięci – wspominał Trygve Lie, minister zaopatrzenia, a w przyszłości sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych. – Po wypowiedzeniu tych słów król bacznie spojrzał na księcia Olafa. Przez długą chwilę nie był w stanie nic powiedzieć, a potem pochylił się nad stołem i rozpłakał. Także książę Olaf miał łzy w oczach”[26]. W końcu Haakon podniósł głowę i z wysiłkiem opanował emocje. – Teraz rząd musi podjąć decyzję – oświadczył.

Jego jednoznaczna postawa zakończyła wszelkie rozmowy o kapitulacji. Pod wpływem tej determinacji i gotowości zrzeczenia się tronu w imię zasad ministrowie – w tym większość defetystów – zagłosowali za odrzuceniem ultimatum. W czasie gdy Halvdan Koht przekazywał telefonicznie wiadomość Bräuerowi, Haakon i jego premier podpisali proklamację nadaną następnie przez norweskie radio. Odrzucali w niej niemieckie żądania i wzywali Norwegów, aby z całą mocą przeciwstawili się najeźdźcom. Kiedy następnego ranka dotarła do Hitlera informacja o nieprzejednanej postawie Haakona, niemiecki przywódca dostał typowego dla niego ataku furii. Jak „ten śmiesznie mały kraj i jego malowany król”[27] śmią mu się przeciwstawiać! Czas na pertraktacje się skończył, oznajmił Hitler. Król Norwegii Haakon VII musi być wytropiony i zabity.

Następnego dnia, 11 kwietnia, Haakon naradzał się z ministrami w gospodzie w Nybergsund, kiedy sielankową ciszę przerwały nagle ostre dźwięki samochodowego klaksonu – umówiony sygnał bliskiego zagrożenia. Król, jego syn i ministrowie wybiegli z gospody i popędzili do pobliskiego lasku. Tam rzucili się na ziemię, gdy nad ich głowami pojawiło się z wyciem sześć niemieckich bombowców nurkujących i ostrzelało wieś oraz lasek z karabinów maszynowych. Krążące w górze samoloty wykonały kilka nawrotów, zrzucając bomby zapalające i atakując z broni pokładowej. Kiedy nalot dobiegł końca, przywódcy Norwegii – przemoczeni, zziębnięci i krwawiący z powodu zadrapań – wstali z ziemi. Nybergsund stał w ogniu, ale jakimś cudem w nalocie zginęły tylko dwie osoby, mieszkańcy wioski. Kiedy kilka dni później jeden z bombowców został zestrzelony, w dzienniku pilota znaleziono taki zapis: „Król, rząd, wszyscy unicestwieni…”[28].

Haakon i jego grupa znowu ruszyli na północ w dzikie, górzyste, pełne lodowców rejony środkowej Norwegii. Konwój ich pojazdów zamaskowanych białą farbą pełzł po nierównych, wąskich i krętych drogach biegnących pomiędzy stromymi szczytami i pozornie bezdennymi przepaściami. Samochody psuły się albo grzęzły w śniegu i nieraz w czasie następnych dwóch tygodni Haakon, który jechał w samochodzie prowadzonym przez syna, tracił kontakt z ministrami i nikt z grupy nie wiedział, gdzie są inni i czy ktokolwiek z nich jeszcze żyje. Nieustannie tropiące ich niemieckie samoloty bombardowały i ostrzeliwały z lotu koszącego każde miejsce, w którym ich zdaniem mogli się znajdować. Kiedy tylko zobaczono lub usłyszano samolot, król i jego grupa kierowali się do najbliższego ukrycia – między drzewa, skały, wszędzie, pod czym lub za czym mogli się schować.

Przez te długie, wczesnowiosenne dni zatrzymywali się, kiedy tylko mogli, aby odpocząć, zająć się sprawami rządowymi, spróbować się dowiedzieć, co się dzieje w pozostałej części Norwegii. Od czasu do czasu konsultowali się też z brytyjskimi, francuskimi i amerykańskimi dyplomatami dokładającymi wszelkich starań, aby utrzymać z nimi kontakt. Niezmiennie jednak meldunki o zbliżających się niemieckich wojskach albo samoloty Luftwaffe zmuszały ich do ruszenia w dalszą drogę.

* * *

Pomimo swojego wikińskiego dziedzictwa Norwegowie „niezbyt dobrze nienawidzili”[29], jak zauważył później jeden z ich przywódców. Ale nie minęło wiele czasu, a większość z nich zaczęła z całego serca nienawidzić Niemców – „armii rabusiów – jak napisała Sigrid Undset – którzy przyszli mieszkać tam, gdzie niczego nie zbudowali, zbierać, gdzie nie zasiali, panować nad narodem, który nigdy nie służył”[30]. Odważne odrzucenie przez króla niemieckich żądań stało się bodźcem dla ruchu oporu. Niemcy opanowali wszystkie najważniejsze porty Norwegii, ale nie wnętrze kraju, i kiedy minęły początkowy szok i dezorientacja, Norwegowie zaczęli stawiać opór. W dniach, które nastąpiły po najeździe, tysiące młodych ludzi krążyły po kraju, usiłując znaleźć jednostki wojskowe, do których mogliby się zaciągnąć.

Początkowo siły zbrojne też były zdezorganizowane – ich naczelny dowódca odznaczający się niskim morale był zwolennikiem kapitulacji lub negocjacji z Niemcami. Gabinet wspierany przez króla Haakona zastąpił go generałem Ottonem Rugem, wysokim, o pobrużdżonej twarzy, byłym szefem sztabu wojsk lądowych, który dzięki szybko rosnącemu strumieniowi ochotników napływających z okolicznych miast i miasteczek piechotą, na nartach i rowerach zdołał stworzyć armię liczącą czterdzieści tysięcy ludzi. Chociaż wielu z tych ludzi było doskonałymi strzelcami wyborowymi, którzy przynieśli ze sobą własne karabiny i pistolety, to jednak podczas swoich utarczek z dobrze wyposażonymi i wyszkolonymi Niemcami nie mieli artylerii, czołgów, broni przeciwpancernej czy wsparcia lotniczego.

Strategia Rugego polegała na graniu na zwłokę, zatrzymaniu Niemców na południu wystarczająco długo, aby można było sobie pozwolić na zorganizowany odwrót i ustabilizowanie frontu w środkowej Norwegii. „Ze słabymi, zaimprowizowanymi wojskami, jakie mieliśmy do dyspozycji, zanim alianci nie przyjdą nam z pomocą, nie mogliśmy wdawać się w żadne decydujące bitwy – wspominał później. – Nasze słabe siły niestrudzenie walczyły bez odwodów, zawsze na pierwszej linii przeciwko ciężkiej artylerii, czołgom i bombowcom. […] Przez trzy tygodnie nasze dywizje się trzymały, aż w końcu zaczęli przybywać sprzymierzeńcy”[31].

Pomimo coraz bardziej rozpaczliwych apeli z Norwegii Wielka Brytania potrzebowała niemal tygodnia, aby sklecić i wysłać z pomocą wojska ekspedycyjne. Chociaż, jak zauważył Ruge, Brytyjczycy musieli zdawać sobie sprawę, że stawianie przez nich min w wodach Norwegii może sprowokować niemiecką reakcję, inwazja oszołomiła rząd Chamberlaina w równym stopniu co Norwegów. „Pomysł operacji przeciwko Skandynawii zakrojonej na taką skalę nigdy nie przyszedł mi do głowy – wyznał generał Hastings „Pug” Ismay, sekretarz Imperialnego Komitetu Obrony utworzonego z członków gabinetu wojennego i dowódców różnych rodzajów sił zbrojnych. – O ile wiedziałem, nie mieliśmy nawet śladowych elementów planu, którymi moglibyśmy się zająć”[32].

Co gorsza, brytyjscy dowódcy nie wiedzieli prawie nic o Norwegii i jej terenie. „Nie było żadnych map – powiedział jeden z oficerów. – Musieliśmy wyrywać je z podręczników do geografii i atlasów, wysłaliśmy też [kogoś] do norweskiego biura turystycznego, aby kupił bedekera. Z ambasady norweskiej i wielu biur turystycznych dostaliśmy mnóstwo folderów reklamowych. Zdjęcia w tych broszurach – dodał – były jedynymi wskazówkami, jak wygląda nasz przyszły teatr działań operacyjnych”[33]. Norweski historyk stwierdził później, że Brytyjczycy nie mieli najmniejszej „elementarnej wiedzy o Norwegii i Norwegach”[34]. Kiedy brytyjskie wojska lądowe zeszły w końcu na brzeg w środkowej Norwegii, norwescy oficerowie ze zdumieniem zorientowali się, że całkowicie zieloni żołnierze sojuszników nie mają sprzętu i wyszkolenia. Chociaż w większości kraju ziemia wciąż była pokryta lodem i grubą warstwą śniegu, niemal żaden z brytyjskich żołnierzy nie został zaopatrzony ani w rakiety śniegowe, ani narty. Nie mieli też prawie niczego, co było im potrzebne – środków transportu, artylerii, broni przeciwlotniczej, sprzętu łączności, osłony myśliwskiej, wyposażenia medycznego, a nawet prowiantu.

Niemiłosiernie okładane przez Wehrmacht i atakowane z powietrza przez Luftwaffe zielone wojska brytyjskie były miażdżone. „Zostaliśmy zmasakrowani! Po prostu zmasakrowani!”[35] – młody porucznik wybuchnął gniewem po bitwie, która zakończyła się pogromem Brytyjczyków. „To był cholerny koszmar!” – napisał Leland Stowe, korespondent „Chicago Daily News” relacjonujący brytyjską kampanię, którą nazwał później „jedną z najbardziej kosztownych i niewytłumaczalnych fuszerek w historii wojskowości”[36]. Takie same uczucia wyraził niepocieszony generał Edmund Ironside, szef Imperialnego Sztabu Generalnego [nie był dowódcą wojsk brytyjskich w Norwegii], pisząc w dzienniku: „Zawsze za późno. Zmiany planów i nikt nie kieruje. Poszedłem spać bardzo zdenerwowany myślami o naszej niekompetencji”[37].

Wkrótce po wylądowaniu Brytyjczyków w Norwegii rząd Chamberlaina odwołał planowany atak na kluczowy port, którym było Trondheim. Pod koniec kwietnia, nie informując rządu norweskiego, postanowił całkowicie wycofać się ze środkowej Norwegii, chociaż od przybycia brytyjskich wojsk minęło zaledwie dziewięć dni. Kiedy 28 kwietnia wbrew rozkazowi zawstydzony brytyjski dowódca poinformował Rugego o ewakuacji, norweski generał powiedział: „A więc Norwegia ma podzielić los Czechosłowacji i Polski! Ale dlaczego? Czemu? Wasze wojska nie zostały pokonane!”[38]. Nie posiadając się z wściekłości, wyszedł z pokoju. Kiedy się już opanował, wrócił i spokojnie oświadczył brytyjskiemu koledze: „Proszę mi powiedzieć, w jaki sposób mogę panu pomóc wykonać rozkazy”[39]. Przez następne czterdzieści osiem godzin oddziały Rugego wspierały Brytyjczyków prowadzących odwrót na wybrzeże.

Dzień po tym, jak Ruge dowiedział się o ewakuacji, rząd brytyjski wysłał krążownik „Glasgow”, aby zabrał króla Haakona i jego ministrów z ich ostatniego miejsca schronienia – ładnego, nadmorskiego miasteczka Molde – i przewiózł ich na północ do Tromsø, małej, polarnej miejscowości położonej 200 mil (320 km) na północ od koła podbiegunowego. „Zabijacie nas!”[40] – zawołał minister spraw zagranicznych Halvdan Koht, kiedy jego oraz innych członków rządu poinformowano o odwrocie wojsk brytyjskich. Koht i inni nie mieli wyjścia i musieli wyjechać. Silnie bombardowane przez ponad dzień Molde zmieniło się w piekło. Bomby burzące i zapalające spadały z gwizdem i wyciem, zmieniając domy, sklepy, kościoły i fabryki w sterty gruzów.

Późnym wieczorem samochody z rodziną królewską i członkami rządu przemknęły przez miasto, omijając ściany ognia i warstwy potłuczonego szkła. Było to, jak powiedział później jeden z urzędników – niczym jazda przez piekło. Większa część portu również stała w płomieniach, a kiedy król ze swoją grupą wszedł na molo, do którego był przycumowany krążownik, węże pożarnicze okrętu zalewały pożar wodą.

Haakon i jego towarzysze weszli na pokład „Glasgow”, a w tym czasie dziesiątki brytyjskich marynarzy i norweskich żołnierzy gorączkowo ładowały do wnętrza krążownika setki skrzynek – rezerwy złota Norwegii. Po wywiezieniu z Banku Norwegii i odbyciu długiej wędrówki, równie niebezpiecznej jak królewska, złoto umieszczono w piwnicy fabryki tekstylnej w Molde. Tej samej nocy, gdy fabryka stanęła w ogniu, norwescy cywile oraz żołnierze walczyli z dymem, płomieniami i spadającymi belkami, aby ocalić złoto i załadować je na ciężarówki, które następnie popędziły do portu.

Gdy załadowano na „Glasgow” mniej więcej połowę złota, molo, do którego był zacumowany krążownik, także ogarnął pożar. Dowódca polecił przerwać załadunek i dał rozkaz: „Cała wstecz”. Zabierając ze sobą połowę molo, zygzakujący szaleńczo „Glasgow” wydostał się z fiordu na otwarte morze‹2›.

* * *

Kiedy Haakon był przynajmniej chwilowo bezpieczny i poza zasięgiem Niemców, a wojska brytyjskie ze środkowej Norwegii zmierzały do kraju, wojska Rugego poddały się Niemcom 3 maja. W Wielkiej Brytanii przekazany przez Neville’a Chamberlaina komunikat o ewakuacji oszołomił jego rodaków. Świadomość, że największa potęga morska świata została upokorzona przez Niemców, wywołała w całym narodzie falę wściekłości i lęku.

Chamberlain i jego ministrowie, świadomi, że stoją w obliczu katastrofy, zaczęli szukać kozła ofiarnego. Na zebraniu gabinetu wojennego Winston Churchill, który jako pierwszy lord admiralicji był głównym architektem przeprowadzonej byle jak kampanii w Norwegii, zapewnił: „Odpowiedzialnością powinno się obciążać nie nas, ale państwa neutralne, i powinniśmy przy każdej okazji podnosić tę kwestię”[41]. Podążając za własną radą, Churchill oświadczył w Izbie Gmin: „Ścisłe przestrzeganie neutralności przez Norwegię stało się przyczyną cierpień, na które narażony jest teraz ten kraj, i ograniczeń pomocy, której możemy mu udzielić”[42]. Wielu członków parlamentu nie zechciało uznać argumentacji Churchilla. Niezadowolenie z opieszałego prowadzenia wojny przez rząd Chamberlaina doprowadziło 7 i 8 maja do jadowitej dwudniowej debaty w Izbie Gmin i po jej zakończeniu premier z trudem uzyskał wotum zaufania.

W tym samym czasie Norwegowie nadal stawiali opór. Chociaż w południowej i środkowej Norwegii wojna dobiegła końca, na dalekiej północy alianckie wojska składające się z jednostek brytyjskich, francuskich, polskich i norweskich walczyły o ważny port Narwik i powoli zdobywały przewagę nad Niemcami. Aż nagle, 10 maja, tsunami wydarzeń skazało wojnę w Norwegii na zapomnienie. Wczesnym rankiem tego dnia miliony niemieckich żołnierzy i towarzysząca im nawałnica czołgów i samolotów runęła na Holandię, Belgię i Luksemburg, przeprowadzając błyskawiczne natarcie na odcinku od Morza Północnego do Mozeli. Stosując sprawdzoną w Polsce i Skandynawii taktykę blitzkriegu, niemieckie wojska wdzierały się teraz w samo serce Europy.

Po południu tego samego dnia Neville Chamberlain, którego przekonano, że nie cieszy się już zaufaniem większości swojej partii, i powiadomiono, iż ani członkowie Partii Liberalnej, ani Partii Pracy nie wezmą udziału w rządzie pod jego kierownictwem, poradził królowi Jerzemu VI, aby zaproponował stanowisko premiera Winstonowi Churchillowi. Wiele lat później Churchill przyznał, że „biorąc pod uwagę znaczącą rolę, jaką odegrałem [w norweskiej katastrofie]… należy uznać za cud, że przetrwałem”[43]. Jako najwybitniejszy przedwojenny przeciwnik prowadzonej przez Chamberlaina polityki ustępstw był całkowicie słusznie postrzegany jako jedyna ważna postać polityczna w Wielkiej Brytanii dysponująca energią, zapałem i determinacją niezbędnymi do przewodzenia krajowi w czasie wojny.

Trzynastego maja zademonstrował ducha wojownika, wygłaszając porywające przemówienie w Izbie Gmin. „Pytacie, jaki jest nasz cel? – powiedział. – Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo. Zwycięstwo za wszelką cenę; zwycięstwo na przekór wszelkim lękom, zwycięstwo bez względu na to, jak długa i trudna droga może do niego prowadzić”[44]. To jedno słowo, mimo że mało prawdopodobne wydawało się wcielenie go w życie w tych wczesnych, ponurych dniach, miało pozostać jego dewizą przez cały okres wojny.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przypisy

1  F.J. Harriman, Mission to the North, J.B. Lippincott, Philadelphia 1941, s. 248.

2  Ibidem.

3  F. Kersaudy, Norway 1940, University of Nebraska Press, Lincoln 1998, s. 68.

4  Ibidem, s. 12.

5  R. Petrov, The Bitter Years: The Invasion and Occupation in Denmark and Norway,April 1940 – May 1945, William Morrow, New York 1974, s. 71.

6  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 11.

7  Ibidem.

8  S. Undset, Return to the Future, Alfred A. Knopf, New York 1942, s. 6.

9  J. Gelardi, Born to Rule: Five Reigning Consorts, Granddaughters of Queen Victoria, St. Martin’s Press, New York 2005, s. 64.

10  Ibidem, s. 148.

11  J. van der Kiste, Northern Crowns: The Kings of Modern Scandinavia, Stroud, Sutton, Gloucestershire UK 1996, s. 57.

12  J. Gelardi, Born to Rule, s. 148.

13  J. van der Kiste, Northern Crowns, s. 87.

14  T. Greve, Haakon VII of Norway: Founder of a New Monarchy, Hurst, London 1985, s. 117.

15  M. Gilbert, Winston S. Churchill, t. 6: Finest Hour 1939–1941, Houghton Mifflin, Boston 1983, s. 106.

16  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 49.

17  H. Koht, Norway: Neutral and Invaded, Macmillan, New York 1941, s. 68.

18  Ibidem, s. 71.

19  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 101.

20  W. Brandt, In Exile: Essays, Reflections and Letters, 1933–1947, University of Pennsylvania Press, Philadelphia 1971, s. 22.

21  Ibidem, s. 165.

22  F.J. Harriman, Mission to the North, s. 258–289.

23  S. Undset, Return to the Future, s. 8.

24  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 103.

25  Ibidem, s. 104.

26  Ibidem.

27  J. Adams, The Doomed Expedition: The Norwegian Campaign of 1940, Leo Cooper, London 1989, s. 31.

28  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 106.

29  C.J. Hambro, I Saw It Happen in Norway, D. Appleton-Century, New York 1940, s. 150.

30  S. Undset, Return to the Future, s. 5.

31  C.J. Hambro, I Saw It Happen in Norway, s. 161.

32  Lord Ismay, The Memoirs of General Lord Ismay, Viking, New York 1960, s. 119.

33  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 141.

34  M. Skolvin, Norwegian Neutrality and the Challenge of War, [w:] Britain and Norway in the Second World War, P. Salmon (red.), HMSO, London 1995, s. 16.

35  L. Stowe, No Other Road to Freedom, Alfred A. Knopf, New York 1941, s. 143.

36  P. Knightley, The First Casuaulty, Harcourt Brace Jovanovich, New York 1975, s. 227.

37  J. Keegan (red.), Churchill’s Generals, Cassell, London 2007, Kindle edition, s. 632.

38  F. Kersaudy, Norway 1940, s. 170.

39  Ibidem, s. 171.

40  Ibidem, s. 178.

41  Ibidem, s. 88.

42  Gilbert, Finest Hour, s. 228.

43  W.S. Churchill, The Second World War, t. 1: The Gathering Storm, Houghton Mifflin, Boston 1948, s. 649–650.

44  W. Manchester, The Last Lion: Winston Spencer Churchill: Alone, 1932–1940, Dell, New York 1988, s. 678.

1 Ojciec Karola, król Danii Fryderyk VIII, był bratem królowej Aleksandry, żony Edwarda VII.

2 Pozostałą część złota załadowano na małe kutry rybackie, które także dostarczyły je do Tromsø. Stamtąd cała rezerwa złota została wysłana na przechowanie do Stanów Zjednoczonych i Kanady.

 

[ . . . ]
ROZDZIAŁ SZÓSTY

„SĄ LEPSI OD KAŻDEGO Z NAS”

Triumf polskich pilotów w bitwie o Anglię

Podokonaniu do końca czerwca 1940 roku podboju większej części Europy Zachodniej Niemcy byli obecnie gotowi, jak określił to Winston Churchill, skierować „całą swoją wściekłość i potęgę” przeciwko jego małemu, wyspiarskiemu krajowi. „To, co generał Weygand nazwał bitwą o Francję, dobiegło końca – oznajmił premier parlamentowi 18 czerwca. – Spodziewam się, że wkrótce zacznie się bitwa o Anglię”1.
W pierwszych dniach lipca Niemcy przerzuciły ponad 2500 myśliwców i bombowców do baz zdobytych w północnej Francji, a także w Norwegii, Danii, Belgii i Holandii. Dowódca Luftwaffe Hermann Göring zapewnił Hitlera, że jego budzące lęk siły lotnicze już na początku jesieni zmiotą z nieba RAF. Kiedy zaś to zadanie zostanie wykonane, oświadczył, Niemcy bez problemów zdołają bombardowaniami zmusić Wielką Brytanię do uległości albo sforsować kanał i przeprowadzić planowaną obecnie przez Führera inwazję o kryptonimie „Seelöwe” („Lew Morski”).
Przygotowując się do walki z tym absolutnie pewnym siebie, pozornie niemożliwym do pokonania wrogiem, Fighter Command (Dowództwo Lotnictwa Myśliwskiego) RAF-u starało się odbudować swoje siły poważnie poturbowane w czasie przegranej bitwy o Francję. Wysyłani do walki brytyjscy piloci nieposiadający doświadczenia bojowego i nauczeni stosowania podręcznikowych procedur nie mieli pojęcia, na co się porywają. I skoro już o tym mowa, nie mieli go także ich przełożeni. W czasie zaledwie trzech tygodni ponad trzystu brytyjskich pilotów myśliwskich zginęło lub zostało uznanych za zaginionych i była to niemal jedna trzecia ogólnego stanu osobowego brytyjskiego lotnictwa myśliwskiego. Ponad stu dostało się do niewoli. Tylko w czasie ewakuacji Dunkierki RAF stracił około osiemdziesięciu pilotów i sto samolotów. Ogółem zniszczeniu uległo niemal tysiąc maszyn, mniej więcej połowa siły bojowej RAF-u.
W połowie lipca Luftwaffe zaczęła atakować brytyjskie konwoje w kanale, a także cele na południowym wybrzeżu Anglii. RAF stosunkowo nieźle uporał się z tymi ograniczonymi atakami, ale przeciwko niemieckim nalotom przeprowadzanym z użyciem pełnych sił mógł wysłać zaledwie mniej więcej siedemset myśliwców – hurricane’ów i szybszych spitfire’ów. Co gorsza, dostępnych było mniej niż dwóch pilotów na jedną maszynę. Trzeba było jednak o wiele więcej ludzi i samolotów, aby Brytyjczycy byli w stanie utrzymać panowanie w swojej przestrzeni powietrznej. Nowe hurricane’y i spitfire’y produkowano najszybciej, jak było to możliwe, natomiast Hugh Dowding, przełożony Fighter Command, robił wszystko, aby uzupełnić niedobory w ludziach. Między innymi „kradł” pilotów z Bomber i Coastal Command (Dowództwo Lotnictwa Bombowego i Dowództwo Lotnictwa Obrony Wybrzeża), a także rozkazał kierować do walki świeżo upieczonych pilotów – młodych chłopaków „o blond włosach i różowych policzkach”, według amerykańskiej dziennikarki Virginii Cowles „wyglądających, jakby wyszli prosto z ławek szkolnych”2. Wielu z nich miało wylatanych na hurricane’ach lub spitfire’ach mniej niż dziesięć godzin, a ledwo 10 procent przeszło poważne szkolenie strzeleckie. Niewielu wiedziało, jak celować ze swojej broni pokładowej, więc w czasie ataków mieli skłonność do otwierania ognia z odległości 500 jardów (457 m) lub większej i przerywania ostrzału w chwili, kiedy znaleźli się wystarczająco blisko, aby w coś trafić. W walce uczyli się szybko, ale wielu ginęło, zanim mogli przyswoić i wykorzystać te lekcje.
Dowdingowi wciąż brakowało ludzi, chociaż sięgał do wszystkich możliwych źródeł, więc aby uzupełnić swoje przerzedzone szeregi, musiał sięgnąć po lotników z innych krajów. W rezultacie pełne 20 procent pilotów RAF-u walczących w bitwie o Anglię nie było Brytyjczykami. Mniej więcej połowa – ogółem 250 – wywodziło się z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, przede wszystkim z Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Potrzeba było ich jednak o wiele więcej i RAF, w dużej mierze wbrew swojej woli, został zmuszony wykorzystać pilotów, którzy dotarli do Wielkiej Brytanii z okupowanej Europy.
Sam Dowding miał duże wątpliwości, czy rozsądne jest, jak to określał, „wprowadzanie zagranicznych pilotów do brytyjskich dywizjonów”3. Jak się jednak okazało, jego pojmowanie słowa „zagraniczny” było bardzo elastyczne. Chociaż wyraźnie wolałby wykorzystać rodzimych lotników albo pochodzących z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, już na początku lipca przydzielił kilkudziesięciu pilotów z zachodniej Europy, w tym trzydziestu Belgów i jedenastu Francuzów, do cierpiących na braki kadrowe dywizjonów RAF-u.
Jak na razie jednak nie był gotów posunąć się dalej. Podobnie jak inni oficerowie RAF-u wysokiego szczebla i urzędnicy w Ministerstwie Lotnictwa, Dowding nie chciał mieć nic do czynienia z Polakami i Czechami, stanowiącymi zdecydowaną większość europejskich pilotów w Wielkiej Brytanii. Wręcz przeciwnie, uparcie twierdził, że prędzej rozwiąże brytyjskie dywizjony, niż pozwoli dołączyć do nich Europejczykom ze Wschodu. Chociaż sytuacja Wielkiej Brytanii była poważna, jego zdaniem nie potrzebowała pomocy kilku zacofanych kraików, które dla większości Brytyjczyków były niewiele więcej niż „nazwami na mapie”.
We wrześniu 1938 roku Neville Chamberlain powiedział prawdę, mówiąc, że dla większości Brytyjczyków, nie wyłączając jego samego, Czechosłowacja jest „dalekim krajem, zamieszkanym przez ludzi, o których nic nie wiemy”. Podobnie Polska była dla większości Anglików „inną Europą” – egzotyczną, nieznaną i nieco dziką. Według Geoffreya Marska, oficera RAF-u, który uczył angielskiego polskich lotników, przeciętny Anglik wyobrażał sobie, że Polska jest „jakieś sto lat w tyle”4 za Wielką Brytanią, a „jej mieszkańcy żyją w stanie całkowitej niewiedzy”. Z kolei dowódcy RAF-u uważali, że Polacy i Czesi są „szczebel lub dwa niżej na drabinie cywilizacji”5.
Po tym jak Niemcy rozgromiły Polskę we wrześniu 1939 roku, ich zwycięstwo jedynie potwierdziło brytyjskie przesądy na temat rzekomego niskiego poziomu sił zbrojnych Polski. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych i większości krajów Europejskich, Brytyjczycy uznali za prawdę twierdzenia Niemców, że Polacy wykazali się zarówno nieudolnością wojskową, jak i brakiem woli walki przeciwko Rzeszy. Żadna z tych opinii nie była prawdziwa – w istocie Polacy zdołali zadać niemieckim wojskom stosunkowo duże straty, zabijając ponad 16 tysięcy niemieckich żołnierzy i raniąc około 30 tysięcy.